Nie masz jeszcze BLOGa? Zarejestruj się już teraz!
Autorem BLOGa jest Ola
KWIECIEŃ 2012 cz. 4 (2012-05-13)
Nie opisałam moich zmagań z firmą farmaceutyczną BMS i formą LEVIS. A są to ciekawe doświadczenia. Sposób patrzenia korporacji na osoby żyjące z HIV. Jeszcze nie skończyłam zmagań z tymi firmami. Jak na razie ponoszę same straty. Straty finansowe.
Szykuje się do napisania pisma opisującego traktowanie osób z HIV. Jestem w trakcie. Wolno mi to idzie. Nie mogę zebrać myśli. Raz wydaje mi się, że koniecznie trzeba rozgłośnić zaistniałą sytuację bo jak nie sprzeciwię się arogancji, bezmyślności to tak jakbym wyrażała na to zgodę. Raz myślę sobie po co ? to i tak nic nie zmieni. Napytam sobie wrogów.
No tak, ale już zostałam wykorzystana przez firmę na kwotę 1100 zł. Niby zajęcia dla pacjentów organizowała firma ale zapłaciłam za nie w części osobiście, z własnej kieszeni. Dodatkowo Stowarzyszenie Bądź z nami dołożyło do tego interesu 1500 zł. A nazywa się to pomoc i wsparcie firmy farmaceutycznej. Obiecałam sobie, że poczekam do miesiąca od „sponsorowanych” zajęć i jeżeli w dalszym ciągu sprawa nie zostanie wyjaśniona pozwolę sobie opisać ją ze szczegółami.
Mam w sobie głęboki sprzeciw na nieliczenie się z pacjentami, osobami żyjącymi z HIV i traktowanie mnie jak gorszego, głupszego petenta. I tak w każdej dziedzinie postanawiam mówić NIE. Ale głośno. Być może z nieprzyjemnymi konsekwencjami. Ale wolę być nie lubiana niż czuć się tchórzem.
2 maja umówiłam się też z Janeczką Szwedzką. Napisała bardzo osobiste, wzruszające wspomnienia wolontariuszki. Opisała w nich swoją drogę: od śmierci syna, który zmarł na AIDS poprzez pracę w szwedzkiej organizacji Arka, do czasów „polskich” czyli wolontariatu w szpitalu zakaźnym w Gdańsku.
Warto przeczytać ten tekst. Wszystko to już co prawda historia, i zdarzenia i ludzie, ale idea wolontariatu jest taka sama.
Jak na razie staramy się znaleźć wydawcę.
Nareszcie zapisałam się na psychoterapię.
Jak pisałam udało mi się umówić z neurologiem w ramach NFZ. Przy okazji miałam wizytę u psychoneurologa i psychiatry. Psychiatra kobieta czyli psychiatryczka doszła do wniosku, że jakiekolwiek moje kłopoty są wynikiem mojego uzależnienia. Wykorzystałam trochę jej tok myślenia sugerując, że samej będzie mi trudno poradzić sobie z tymi problemami i czy nie mogłaby mnie skierować na jakąś psychoterapie. I tak chodzę. Rozpoczęłam.
Umówiłam się na kolejnych 5 śród.
Ponieważ neurolog czy psychoterapeuta to nie fryzjer to jakoś nie miałam obiekcji do powiedzenia, że jestem zakażona HIV. Tu wydało mi się to istotne. I jakoś dziwnie przeczuwałam, że nikt z krzykiem nie wybiegnie z gabinetu i nie wyrzuci mnie za drzwi pod pozorem BHP czyli nie przestrzegania zasad higieny.
Mamy popracować nad moimi priorytetami w życiu i alternatywą dla pracy. Strasznie mało ludzi mi wychodzi obok mnie. Znajomi tak, przyjaźnie nie. Idę do Pana Psychoterapeuty drugi raz 2 maja. Jestem bardzo, bardzo ciekawa co odkryję w sobie. I w jaką stronę poprowadzi mnie droga.
Zacznę od końca. Dzisiaj jest ostatni dzień kwietnia. Od trzech dni upały. Spędzam te kilka dni na Roztoczu. Znowu we dwie z koleżanką i jej nowym partnerem – sympatycznym psiakiem. Nocleg z Internetu nie taki jak na zdjęciu, czyli zdjęcie nie oddaje rzeczywistości. Mieszkamy w ciemnym pokoju, z oknami wychodzącymi na budynek obok, bez promyka słońca więc wilgotno. Niby można wychodzić na trawnik ale nie ma stoliczka, siedziska. I to wszystko za 30 zł od osoby. Przyjechałyśmy w piątek. Zdążyłam być w pracy, u kosmetyczki i u fryzjera. W salonie zanim przystąpiono do zabiegu musiałam wypełnić ankietę, w której jedno z pytań dotyczyło chorób zakaźnych. Oczywiście skłamałam mówiąc, że nie choruję na żadne choroby. Nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby podać prawdę. Ale przeszło mi przez myśl, że znowu oszukuję, że nie stać mnie na naprawianie świata, że absolutnie nie chcę informować nikogo o swoich chorowaniach, że nie zgadzam się na taką ingerencję. Zabieg nie polegał na przerywaniu ciągłości tkanek a na nałożeniu maseczki na twarz, szyję i dekolt i w żaden sposób HIV nie jest przeciwwskazaniem do maseczki. Muszę zapytać prawnika jaka jest odpowiedzialność za kłamstwo w ankiecie u fryzjera, stomatologa, kosmetyczki. Coraz więcej miejsc życzy sobie wypełnienia ankiety z pytaniami o choroby zakaźne. Coraz częściej oszukuję. I oszukiwać będę.
W myśl założeń na rok 2012 - dbania o siebie zafundowałam sobie chociaż kilka dni na Roztoczu. Mogłam te kilka dni spędzić w domu i pewnie byłabym na siebie zła. Mogłam spędzić u mamy i byłabym zmęczona. Jestem coraz starsza i coraz bardziej bez własnego życia. Żyję życiem moich bliskich. A ponieważ z bliskich została mi mama więc chciałabym jej i sobie dać jak najwięcej czasu. No i tak też sobie ustawiam swoje osobiste życie. Planuję wyjazdy do mamy co dwa, trzy tygodnie na dwa, trzy dni. Od soboty do poniedziałku i mam wrażenie, że ciągle jestem w drodze. I nigdzie nie u siebie.
Byłyśmy z Anitą na Roztoczu jakieś 10 lat temu. Spałyśmy w Zwierzyńcu w hotelu nadleśnictwa JAWOR. Teraz budynek niszczeje. Opustoszał. Nie opłaca się w niego inwestować. W dalszym ciągu w centrum, przy parku jest jedna oficjalna wypożyczalnia rowerów - 25 zł za dzień. Dużo budynków jest pustych. Czekają na kupców i pomysł co dalej. Mam wrażenie, że trochę dla turystów zrobiono. Ale nie za bardzo wiem co ? Raczej rozwinął się prywatny przemysł turystyczny. Państwowe sprywatyzowano i to teraz jedna ruina. Podobno nie prowadzi się uprawy lasu. Las niszczeje. Nie wiem na czym to polega bo zawsze myślałam, że las się sam odradza i radzi sobie. Ale podobno to nie prawda. Nie ma gospodarza. I małe wioski podobno też umierają. Młodzi wyjechali lub nie są zainteresowani ziemią a starzy nie mają już sił. I jeszcze ten cholerny alkoholizm. Jechałyśmy rowerami przez wieś z Florianki przez Sochy do Zwierzyńca i przy każdym sklepie kilkunastu dobrze pijanych miejscowych mężczyzn. Kobiety pewnie w domach. I do tego znieczulica i przemoc i totalne rozbestwienie, polsko wiejskie rozbestwienie. Przy jednym ze sklepów Panowie rechocząc upijali psa. Na oczach miejscowych i na oczach turystów patrzących zupełnie obojętnie, bezrefleksyjnie i bez reakcji Panowie wlewali piwo do gardła psu. Kurwa. Poderwało mnie.
Mniej grzecznie powiedziałam co o tym sądzę i niesmak pozostał. Wiem, że jak tylko odjechałam sprzed pijanego sklepu to Panowie rechocząc pewnie zabawiali się dalej. Bo cóż robić w niedzielne, katolickie popołudnie. Bo istnieje społeczne przyzwolenie na katowania zwierzaków. Bo nie potrafiłam zrobić niczego więcej. Bo nie chciało mi się zrobić niczego więcej. Nie mam usprawiedliwienia dla siebie. Pewnie postaram się zapomnieć o swojej hipokryzji bo lepiej nie widzieć i nie reagować niż zmarnować sobie dzień na wydzwanianiu po służby polskie i potem użerać się z zeznaniami, protokołami. Nie jestem takim dobrym człowiekiem jakim siebie widzę. Dużo mam w pysku frazesów. Nie lubię dziś siebie.
Ale Zwierzyniec i okolica to nie tylko pijaństwo. Na szczęście.
Są tu również fajne ścieżki rowerowe, piesze, końskie. I czego wcześniej chyba nie było jest przecudnej urody Staw Echo z hodowlą Koników Polskich na brzegach i ….. możliwością kąpieli!!! Kilkanaście minut od centrum miasteczka zrobiona jest plaża z paseczkiem, z ławeczkami, z parkingiem. Staw jest przepływowy. A temperatura wody 28 kwietnia była ciepła, bardzo ciepła, gorąca. Dwa dni pod rząd pływałyśmy. Pierwszego dnia wyprawę pieszą (po której pies Aldony przez następne dwa dni postanowił nie wychodzić z domu) rozpoczęliśmy leżąc i kąpiąc się i przeczekując skwar. Drugiego dnia już bez psa, tym razem wyprawę rowerową rozpoczęłyśmy też od leżenia, kąpieli i przeczekiwaniu upału. Tak lubię spędzać wolne dni. Trochę leżenie, trochę wysiłku, trochę czytania, trochę jedzenia. I tak naprzemiennie.
Trzeciego dnia też tylko we dwójkę pojechałyśmy wzdłuż rzeki Wieprz. Raz z jednej strony – leśnej i jak się okazało trasą z zakazem ruchu wszelkich pojazdów, potem z drugiej drogą zwykłą, samochodową. Kilka razy przekraczałyśmy tego Wieprza szukając miejsca na kąpiel. Niestety były tylko tabliczki informujące, że tu pstrąg i że nie można spinningować od jakiegoś dnia do jakiegoś dnia. Upał, skwar, spiekota, woda dokoła a dojścia do wody nie ma. Na szczęście w jednym miejscu znalazłyśmy takie „plażowe cudo”. Co prawda na skrzyżowaniu ulic, na trasie kajakowej i pod bacznym okiem tubylców (bo to cudo w samym centrum miasteczka). Woda w Wieprzu zimna i niepachnąca. Spiekota jednak była taka, że pływałyśmy. Głębokość do 40 centymetrów. Ale WODA.
A jakie lasy wokoło. Anecie przeszkadzały trochę mrówki. A lasy szumiały i dawały cień i miękką trawę i nad głową konary i zupełny błękit.
Od Sylwestra
minęły trzy miesiące a moje postanowienie na rok 2012 - Poszukuję Zdrowia. Zdrowego trybu życia,
zdrowego relaksu, zdrowych relacji, zdrowej miłości.
Byłam na
wykładzie kardiologa. Norma cholesterolu to nie 200 tylko mniej. Nie pamiętam
ile. Sprawdzę w notatkach. Chyba 180. Podzielę się wiedzą.Idę spać. Zawaliłam już widzę dzisiejsząnoc i cały dzisiejszy dzień będzie do kitu a
muszę być sprawna bo w dzisiejszą sobotę pracuję.
Dzisiaj się
dowiedziałam, że znowu mi będę zmieniać bez zmiany leki. Co mam robić? Czy ktoś
mi może poradzić? Brałam Combivir, teraz biorę generyk Lazavir. A teraz się
okazało, że inna firma wygrała przetarg (jak z przetargami jest ja nie wiem.
Wierzyć w uczciwość? A nie w ogromne zyski?) Czyżby miało nie być Lazaviru? A teraz co będzie??? Dlaczego Ja o
tym nic nie wiem? Ja najbardziej zainteresowana jakością leku. Dlaczego nikt mi
niczego nie wyjaśnia? Dopóki się nie zapytam dopóty wszyscy unikają informacji.
Zaczynam kampanię przeciw. Przeciw ignorancji, Przeciw uważaniu mnie za głupią,
Przeciw niewiedzy, Przeciw arogancji. Przeciw małostkowości, Przeciw
bezduszności, Przeciw niekompetencji, Przeciw bylejakości, Przeciw………………………………………………………
Jak to warto
jest mieć kogoś bliskiego. Kto zadba, pójdzie do lekarza. Pokaże, że nie jesteś
sam. Że jednak kontrola społeczna, zewnętrzna istnieje i że należy o Ciebie
dbać bo jesteś kimś.
Jesteś kimś
wtedy kiedy masz bliskich. I dlatego warto dbać o przyjaciół. Nie można w
szpitalu być samotnym. Muszą widzieć, że odleżyny należy leczyć a jeszcze lepiej
zapobiegać im. Muszą widzieć, że można ci umyć włosy, zmienić pościel,
posprzątać w pokoju, na sali, że muszą ci zmieniać opatrunki. Rodzina, jak nie
ma rodziny to przyjaciele, jak nie ma przyjaciół to znajomi SA KONIECZNI.
Bardzo się
dużo dzieje. Nie wiem od czego zacząć.Coś
się dzieje niedobrego. Coraz więcej ludzi choruje bardzo, bardzo poważnie.
Aldona po przetoce wylądowała ponownie w szpitalu …. Zakaźnym. Jak to cudownie,
że lekarze zakaźnicy znają się i na ortopedii, i na onkologii, i na chorobach
płuc. Tym razem to nie kpina. To rozpacz.
Aldony nie
przyjęli na onkologii bo …. Bo co ? Bo nowotwory w Polsce leczy się na
zakaźnym?
Adam też
wylądował z bólami kości w szpitalu zakaźnym. Na szczęście lekarze znaleźli
lekarzy, którzy nie bacząc na HIV zoperowali go. Opieka, gdyby nie warunki
socjalne całego szpitala, wspaniała. Leżał w Sali czteroosobowej i nie miał na
karcie napisu HIV. Być może dlatego, że nie ma tam fanaberyjnych sal. Co prawda nie załapał się na rehabilitacje. No
trudno. Nie od razu Kraków zbudowano. Tylko jakoś strasznie długo go budują i
budują i budują.
Byłam u
neurologa. W końcu udało mi się dotrzeć. Skierowanie miałam z „naszej”
przychodni bez stygmatu. Ale ponieważ obawiam się, że to w związku z HIV mam
różne objawy neurologiczne to powiedziałam o zakażeniu. Pani neurolożka
zapytała się mnie CZY MOŻE UMIEŚCIĆ TĘ INFORMACJE W KARCIE CHOROBY !!!!
ZAPYTAŁA !!!!Niesamowite.
Miałam też
wykonane badanie neuropsychologiczne i mam żuć gumę. No i tak, w testach
wyszło, że mam adhd. Piszę z małej litery bo to nie jest ADHD, bo na stare lata
się go nie nabywa. Ale moje zachowanie wskazuje na pewną nadpobudliwość. Żucie
gumy pomaga w koncentracji. Dodaję sobie nowego bodźca. Już wiem dlaczego na
wykładach muszę, po prostu muszę grać w gry żeby zrozumieć co do mnie
wykładowca mówi, rozumiem też dlaczego czuję się dobrze kiedy mam do zrobienia
trzy a lepiej cztery a jeszcze lepiej pięć rzeczy.
Pytanie
tylko skąd mi się to wzięło? Pani neurolog z naszej poradni nie ma o co pytać
bo ona uważa, oczywiście bez wyjaśnienia, że to n a s z ac h o r o b a.Jak byłam małą dziewczynką to byłam
nieśmiałą. Dopiero w liceum poradziłam sobie z nieśmiałością pijąc alkohol. Być
może takie zmiany są skutkiem uzależnienia. Być może to HIV. Być może to leki.
Tylko niestety nie ma z kim o tym pogadać. Czeka mnie jeszcze wizyta u
psychiatry i potem ponownie u neurolożki i być może będę cokolwiek wiedzieć.
Zrobiłam też
sobie USG piersi i narządów wewnętrznych. Wszystko jest w porządku. Tylko jak
Pani USG usłyszała, że moja mama miała raka piersi to zasugerował mammografię
jeżeli jej jeszcze nie wykonywałam. Nie wykonywałam, bo pani ginekolog z
„naszej” poradni nie uważa, że jest mi to potrzebne. Koleżance powiedziała, że
tylko w wyjątkowych przypadkach wystawia skierowanie na to badanie bo inaczej
„nasza” poradnia jest obciążona kosztami badania.
Znaczy albo
pójdę do Pana Ginekologa i poproszę, albo jako osoba, ubezpieczona, pójdę
prywatnie za pieniądze. Żeby nie obciążać placówki. Dopóki mam pracę mogę sobie
na to pozwolić. Wiem już dlaczego tyle osób modlących się jest w Polsce, ja
chyba też bym zaczęła gdybym na badanie, które może mi uratować życiemusiała czekać kilka lat.
Zapomniałam
lutego. Cos się działo chyba coś niedobrego. Ania po przyjeździe z Tylicza
zamieszkała u mnie. A Anita wpadła w histerie.
W każdym
razie miotało mną od ściany do ściany. Zawalone terminy, na które dałam
słowo.Sponsorzy domagają się sprawozdań
a sprawozdań nie ma bo ich nie ma. Siedzimy z koleżanką z pracy po nocach aby
jakoś wyprostować, wyjaśnić, wytłumaczyć.
I na dodatek
toczę potyczkę z firmą farmaceutyczną. Realizujemy wspólny projekt ale nie
jesteśmy w tymprzedsięwzięciu
partnerami tylko niewdzięcznymi pacjentami, którzy powinni się cieszyć z
każdego zainteresowania jakimi obdarzają nas, nas pacjentów zakażonych Zobaczymy
jak się to skończy. Sprawa słuszna tylko bardzo emocjonalnie wyczerpująca, rozwalająca.
Tym bardziej, że wsparcia z nikąd.Oj
myślę, że opiszę całą sytuację w kwietniu. Czekam tylko na zakończenie „iventu”.
Niech się skończy. Będę miała pełny obraz nie-współpracy.
Mogę sobie
pozwolić na nic nie robienie bo nie mam pracy. Ani w jednej pracy, ani w
drugiej, ani w trzeciej nie mamy pieniędzy i nie mamy żadnej gwarancji, że
pieniądze będą.Tchórz jestem i leń. Nie
zmieniam pracy zasadniczej bo nigdzie nie będzie mi tak dobrze i tak źle. Boję
się, że gdzie indziej moja ignorancja wyjdzie na jaw to raz . A po drugie boję
się, że jeżeli będę musiała dzień w dzień przychodzić do pracy na osiem godzin
to ja nie mam na to siły. Nie dam rady.
Czekam na
informację czy uda się jeszcze w tym roku. Będę miała etat czy musze szukać następnej
pracy na umowę zlecenie – na umowę śmieciową. Chociaż mój etat to też umowa
śmieciowa patrząc na wypłaty. Mój kolega biznesmen powiedział kiedyś, że jak
ludzie mało zarabiają to ich wina. No tak każdy może zostać prezydentem tylko
dlaczego coraz więcej ogłoszeń o wpłacanie 1% na dzieci, których nie stać na
dalszą bezpłatną naukę.
A potem
pojechałyśmy do mojej szczęśliwej koleżanki, która z okropnego miasta
przeniosła się na daleką wieś. I tam zajmuje się perliczkami, kozami, kaczkami,
jajami, przetworami, gotowaniem, spaniem, miłością. Jej kiełbasy, boczki,
ogórki, soki, octy miód w gębie. A wiejskie jaja, mleko, chleb, masło wręcz nie
do opisania. Rano do okna zaglądają ptaki i czworonogi. Potem z okien widać
pola, łąki, sad, warzywniak. Spokój i cisza. Praca i lenistwo. Niby jesteśmy w
jednym wieku ale ona się odmłodziła wsią. Nie jestem tak odważna. Nie umiałabym
zrezygnować z tego czego nie lubię ale do czego przywykłam. Pozostaje zazdrość.
Następne dni
spędziłyśmy leżąc. Przynajmniej Ania i
ja. Nie chciało mi się nawet wychodzić z pokoju. Na sześćdni pobytu moja aktywność była równa zeru. Pojechałyśmy
raz do Piwnicznej i dwa razy na narty.Narty to brzmi dumnie. W sumie 3 godziny !!! Mało !!! Ale nie miałam
siły na żadne wysiłki. I tak spędziłam moje urodziny.
Jedyne co to
wieczorami grałyśmy w scrabble czyli literaki. Ania chorowała okrutnie. Kaszel,
kaszel, wszędzie chusteczki, woreczki na chusteczki. Kaszel. Kaszel. Kaszel.
Taki do szpiku kości.Jak przy POCHP –
przewlekła obturacyjna choroba płuc. Palacze cierpią na tę postępującą,
przewlekłą chorobę, która kończy się ciężką chorobą oddechową, niedokrwieniem
tkanek i tak dalej, i tym podobne.
Poranek
Nowego Roku 2012 spędziłyśmy w łóżkach. I kawał do południowego dnia też. W przepowiednie nie wierzę, ale ……. Jak się
spędza Nowy Rok taki podobno jest cały rok. No i było przyjemnie. Pojechałam na
wycieczkę samochodową. Sama. Ania poczuła się rano grypowo a Aneta wyszła
wcześniej nie przekazując informacji gdzie idzie i kiedy wróci i co ma w
planach.
Ponieważ to
ja, Ja, JA miałam samochód to w niego wsiadłam i pojechałam na zwiedzanie
okolicy. Najpierw na wschód. Nie za bardzo daleko bo za zakrętem była już
Słowacja, potem na zachód zwiedzić Krynicę Zdrój z parkiem zdrojowym, Górą
Parkową i z wyciągami.
Ale samotnie
jest nie najlepiej. Zadzwoniłam po Anetę. Dojechała jakoś komunikacją między
miasteczkową. Jakoś, bo okazało się, że rozkład jazdy sobie a transport sobie.
Przetarg na komunikację wygrał Pan Y bo był konkurencyjny czyli bardzo tani.
Państwowe przewozy zostały dawno sprywatyzowane, majątek roztrwoniono, zostali tylko
ludzie na łasce polskiej gospodarczości.Chcądojechać do pracy, do
szkoły,na zakupy?Chcesz dojechać? Radź sobie sam. Rozkłady
jazdy owszem wiszą ale po to aby mieszkańcy okolicznych przysiółków wiedzieli,
że autobusu, busu o tej porze na pewno nie będzie, a urząd państwowy, który
przetarg ogłosił miał poczucie dobrze spełnionego obowiązku.
Wygląda to
tak. Na przystanku gromadzi się jakaś liczba osób i ktoś dawno po czasie
odjazdu busu dzwoni do Pana, który przetarg wygrał, że ludzie są i czekają i
chcą jechać. Pan się pyta – Ile Was? Bo jak za mało to mu się nie opłaca i nie
przyjedzie. Więc potencjalni pasażerowie oszukują Pana kierowcę podając jedyną
właściwą odpowiedź – Jest nas 10 osób. Ale to ponoć też nie gwarancja przyjazdu
Pana Busa. Być może tak nie jest w każdy dzień. Być może tylko w co drugi a w
co pierwszy wszystko jest na czas. Być może wredni ludzie się czepiają bo
przecież po co Pan BUS ma jechać kiedy ludzi nie ma. Kogo ma wozić ? Powietrze?
Przecież on wygrał przetarg na wożenie ludzi więc gdyby woził powietrze to naruszałby
kryteria przetargu, woziłby niezgodnie z przetargiem. To bardzo ekologiczny transport. Nie zatruwa
się środowiska a ludzie są zdrowi i wysportowani, bo drogę odbywają na własnych
nogach. Cudowny jest mój kraj.
W końcu
Aneta dojechała do Krynicy. W Domu Zdrojowym piłyśmy wody siarkowo wodorowe (?)
ohydne ale zdrowotne na żołądek.Oprócz
wody kupiłyśmy też bilety na Koncert Noworoczny. Zupełnie jak w Wiedniu.
Autobus autobusem ale Koncert i Kiepura to na pierwszy Dzień Nowego Roku dobry
pomysł spędzenia czasu. Zwiedziłyśmy
Górę Parkową na którą tylko w parce się chadza, „…bo kto nie przyjdzie w parce
nic nie wskóra…”
Obejrzałyśmy
lalkowe eksponaty w Muzeum Zabawek i pożarłyśmy wspaniały obiad z przepysznymi
pieczonymi ziemniakami w karczmie ale nazwy nie pamiętam. Wieczorem
pojechałyśmy po Anie i na koncert.
A koncert
był fantastyczny. Trwał trzy godziny z bisami. Tylko niestety Ania, która
przeleżała cały dzień w łóżku czuła się coraz słabiej i „chorzej”.
Tym razem
jesteśmy w Tyliczu. Sylwester nie szczególny. Byłam przekonana, że to większa
mieścina. A Tylicz to jedna droga z niewielką ilością domostw, małym
ryneczkiem, jedną knajpą, trzema sklepani, dwoma kościołami (albo trzema),
jedną rzeczką i czterema stokami. Cisza, spokój. Śnieg. Dalej już tylko
Słowacja.
Dojechałyśmy
nawet nie za późno. Około 19 . W pensjonacie jest kilkanaście osób. Ale nie
widać, żeby ktokolwiek szykował się do Sylwestra. Nie ma wspólnej sali,
jadalni, miejsca integracyjnego. Ludzie po pokojach. Rozpakowujemy się i
stroimy pokój. Świeczniki, kolorowe lampiony, kapelusiki, gwizdałki.
Przyjechałyśmy
we trójkę. Trzy kobiety. Każda zupełnie inna. Ale wspólnie poranione, samotne,
egocentryczne. Połączył nas wirus. I tak nasza znajomość trwa od kilkunastu
lat. Czasami dogadujemy się a czasami wcale. Czasami jest nam ze sobą
przyjemnie a czasami potopiłybyśmy się nawzajem w łyżce wody. Alkoholiczka,
narkomanka, DDA. I w życiu każdej dużo przemocy, lęku, niepewności. Jak może być
dobrze w takim związku? A jednak jesteśmy ze sobą. Bo znamy siebie, bo
swobodnie możemy wyciągać leki, bo możemy pogadać o trudnościach w życiu i nie
tłumaczyć dlaczego dziś znowu czuję się źle.
Mam wrażenie
(czasami), że wozimy ze sobą szpital.I
mam wrażenie, że jednak wirus daje alibi na wszystko: na brak humoru, na złośliwość, na
opryskliwość, na bezpośredniość graniczącą z chamstwem, na nielubienie siebie
nawzajem. Każda z wirusem od stu lat i
już nie ma współczucia dla słabości drugiej, bo każda już wie i już to
przeżyła. Więc każda wie co należy robić i każda układa życie drugiej.
Dyrygentki nie swojej orkiestry. Coś ze źdźbłem w oku. Po cóż zajmować się
swoim życiem kiedy wokoło tyle innych żyć ( nie mylić z rzyć).
Ale wracając
do Sylwestra, tym razem nawet nie napisałam dla siebie życzeń Noworocznych, LLL.Nawet nie napisałam, czego w roku 2012 nie chcę, z czym się w Starym
żegnam, nawet nie zapaliłam jednej racy, jednego zimnego ognia.
Gospodyni
powiedziała, że na ryneczku będzie miasteczkowe przywitanie Nowego Roku.
Ha ha ha. Kilka osób przyszło, ktoś pokrzyczał, ktoś się
poprzewracał, ktoś oblał kogoś szampanem i impreza się skończyła.
Cholera, cholera, cholera. Stanęłam na wagę i ona znowu
podskoczyła! Wiem czemu obżeram się znowu słodyczami. Batoniki, czekoladki,
ciastka z kremem i bez kremu. Nowa dieta. Rano dwa batoniki w południe dwa
ciastka, wieczorem następna porcja dwóch batoników. Jak trudno mi z tego
zrezygnować! Obiecałam sobie solennie, że wtedy kiedy moja przyjaciółka
podróżuje po świecie i wspina się na wysokie góry świata ja odrzucam słodycze.
Miesiąc bez pączków, ciasteczek, zbędnych. Niezdrowych kalorii.
Wiem już czemu mam depresje. Byłam u szamana. Popatrzył mi
głęboko w oczy. I wydał werdykt. No, trochę to inaczej wyglądało. Byłam na
zajęciach z cudownie mądrym, ciepłym człowiekiem psychoterapeutą. Poprowadził z
nami zajęcia o lęku, o trudnościach, o barierach. Zawsze wchodzę w takie
zajęcia jak w masło. Jeżeli mogę popracować na własnej skórze to jest to
dodatkowy olbrzymi zysk. Więc ….. Boję
się odrzucenia!!! I tego, że jestem w pracy kiepska i tego, że nic nie umiem.
Żeby temu zaradzić i nie czuć się tak źle sama odrzucam wszystkich wokoło. Bo gdybym
się starała i walczyła i nic by z tego
nie wyszło byłoby mi źle. A tak znalazłam sobie tarczę ochronną - depresję.
Zastopowałam wszystkie zmiany w życiu z
lęku przed niepowodzeniem! Nie podejmuję wyzwań bo się boję, że nie jestem zbyt
dobra, wiecznie się uczę bo nie jestem zbyt dobra, odchodzę pierwsza, żeby mnie
nikt nie odrzucił, leżę w łóżku w głębokiej depresji i już nic sensownego robić
nie muszę. Gdybym coś spieprzyła, gdyby mnie wyrzucono, nie chciano ze mną pracować
bo to oczywiście tarcza mnie chroni i broni. Moja kochana, słodka depresja
bierze mnie w objęcia, tuli i tłumaczy, że
nie mogę wstać, nie mogę zrobić, nie mogę pojechać, nie mogę napisać,
nie mogę szukać nowej pracy, nie mogę …… bo mam depresję. Taka depresja jest
dobra na wszystko. Na nie posprzątane mieszkanie, na gnicie w łóżku do chwili
ostatecznej, na brak przyjaciół, znajomych – bo to nie ja jestem kiepska tylko
depresja mi we wszystkim przeszkadza. Bo gdyby nie ona to ja bym ho ho. A tak to
odczepcie się ja choruję!!!
Czekają mnie zmiany! Wielkie zmiany!
Powinnam pójść na terapię własną. To jest strasznie drogie.
Nie mam zbędnych środków. Nie zarobiłam w tym roku kokosów i 120 zł tygodniowo
to dla mnie bardzo, ale to bardzo, ale to bardzo, bardzo dużo. Chyba tym razem
będę musiała naprawdę zrezygnować z wakacji.
Xxx
Znowu perturbacje z lekami. Gdyby nie znajomi rozsiani po
całej Polsce nikt by nic nie wiedział, że zaczyna brakować leków. Kiedyś, dawno
temu, za czasów innej ekipy Krajowego Centrum ds. AIDS, kiedy Krajowe Centrum
ds. AIDS jeszcze współpracowało z organizacjami pozarządowymi, doceniało ich
rolę i traktowało jak partnera o wszelkich trudnościach, przestojach w
dostarczaniu leków wiedziało się wcześniej. Teraz ogólnie przyjęta jest zasada,
że pacjenci nie powinni wiedzieć i domagać się niczego bo wszystko w rękach urzędników
jest. To, że brakuje leków i setki osób być może nie mogą się leczyć to nie
powinno nikogo interesować. Nie od tego jesteśmy. A na Ukrainie jest gorzej.
Arogancja wobec pacjentów jest ogromna. Nie podskakuj. Ciesz
się z tego co masz.
A sytuacja wyglądała tak. Firma farmaceutyczna spóźniła się
z dostarczeniem dokumentów potrzebnych do przetargu (Miała dziesięć dni na
dostarczenie dokument ów a tłumaczeniem były korki w Warszawie – biedni
dziesięć dni przedstawiciele stali w korku). W związku z tym trzeba było
anulować pierwszy przetarg, rozpisać drugi i czekać. Bo to wszystko trwa. W tym
czasie leki w Polsce, w niektórych placówkach się powoli kończyły. Wydawano na
kilka dni aż w końcu niektórym pacjentom zaczęto zmieniać zestawy leków.
Cóż na to firma? Ano firma obiecała bijąc się w piersi, że
już nigdy, przenigdy do podobnej sytuacji nie doprowadzi, że zależy jej na
dobru pacjentów. Ale zaopatrzyć placówek w których brakuje leków bez przetargu nie
może.
Cóż na to Ministerstwo Zdrowia ? Nic. Żadnej odpowiedzi,
wyjaśnienia, szukania rozwiązania dla ludzi, którzy pozostali bez leków.
Cóż na to organizacje pozarządowe? Właściwie też nic.
Siedzimy za bardzo w kieszeni Ministerstwa i za bardzo zależymy finansowo od
firm żeby ingerować, monitować, walczyć.
Pewne próby zwrócenia uwagi na sytuację były poczynione.
Poszły jakieś pisma. I przyszły jakieś odpowiedzi. Takie grzecznościowe
bleblanie. Sytuacji to nie zmieniło. Leków brakowała nadal.
Czas silnych organizacji w HIV się skończył. Te co pozostały
są słabe, małe a aktualnie pierwszym ich celem jest przetrwanie a najważniejszą
potrzebą opłata za lokal. Kto ma czas na zajmowanie się ludźmi kiedy brakuje na
czynsz. Kto ma zająć się łamaniem prawa, kiedy dobrzy, wykwalifikowani
pracownicy odeszli z organizacji do miejsc gdzie dostaną za pracę
wynagrodzenie. Ale nawet gdyby ludzie i
pieniądze znalazły się to myślę, że
organizacje pozarządowe zatraciły poczucie siły i sprawczości. Skutecznie
zostały oddzielone od źródła wiedzy. Więc brak ludzi, kasy, szacunku i uleciały
marzenia o współodpowiedzialności za ….. . Mam wrażeni, że organizacje
przeszkadzają w dzisiejszym demokratycznym systemie. No chyba, że zaistnieje sytuacja przymusu i należy pochwalić się
przed Unią trzecim sektorem lub kiedy Unia narzuca utworzenie społecznego ciała
składającego się z przedstawicieli trzeciego sektora. Wtedy urzędnicy mizdrzą
się do organizacji i wtedy na jeden wieczór, na jedno spotkanie, na jedną
wizytę organizacje stają się ważnym elementem współczesnego państwa. Na jeden
wieczór. Potem wszystko wraca do polskiej normy. Polskiej. Bo gdzie indziej
jest inaczej. Są tego namacalne dowody. Kiedy sytuacja z lekami a dokładniej z
ich brakiem rozeszła się droga pantoflową wśród pacjentów ktoś napisał prośbę o
pomoc i interwencję do organizacji międzynarodowej zajmującej się HIV.
Wystarczyły dwa dni, żeby dyrektorzy firm farmaceutycznych firm matek zainteresowali
się osobiście sytuacją w Polsce. I to tak naprawdę dzięki tym międzynarodowym
koneksjom doszło do różnych spotkań przedstawicieli firm farmaceutycznych w
Polsce ze środowiskiem pacjenckim. Nie przyniosło to rozwiązania ale szybkość działania była
imponująca. Tam z organizacjami
pozarządowymi się liczą. Miłe, że gdzieś
praca jest doceniana.
Xxx
Już wiadomo, że w Mieście Warszawa praca organizacji
pozarządowych doceniana nie jest. Na wsparcie i pomoc dla osób żyjących z HIV i
ich bliskich Miasto przeznaczyło na rok 2012 50 tysięcy złotych – słownie
pięćdziesiąt tysięcy złotych. Cudowna kwota. Chyba to jest bezczelniejsze
działanie niż nie przyznanie żadnych środków. Cóż z tych pieniędzy można zrobić . W
Warszawie przebywa, żyje około dziesięć tysięcy osób z problemem HIV (zarówno
osoby zakażone jak i ich partnerzy, dzieci, rodzice). Grupy wsparcia? Zajęcia edukacyjne? A może
profilaktyka zachorowania na AIDS? A może integracja, zagospodarowanie czasu
wolnego? Tylko chyba na powietrzu, pod gołym niebem. I powiadamianie
telepatyczne. Bo zarówno lokal jak i telefony, Internet kosztują. Od dawna
urzędnicy Miasta uważają, że ludzie w organizacjach pozarządowych mogą pracować
bez środków do życia, za free. Żeby było
śmieszniej – w większości programy Miasta to tak zwane powierzenie zadania - czyli program w całości finansowany jest przez
Miasto. Nie ma możliwości dofinansowania z innych źródeł.
Xxx
A za oknami listopad. Jak to dobrze, że przynajmniej jesień
jest w tym roku piękna. Zmiana czasu
spowoduje umnie tylko większe zagubienie w czasoprzestrzeni!!!! Wolę rano
dłużej pospać więc ranki słoneczne są mi do niczego nie przydatne. Natomiast
wieczór mógłby być jaśniejszy.
Poszukuję stomatologa!
Rozmawiałam ze studentem czwartego roku stomatologii.
Zapytałam o pacjentów z HIV. Odpowiedział, że jeżeli będzie wiedział, że
pacjent jest z HIV to go nie obsłuży. No i fajnie.
Xxx
Święto zmarłych. Obiecałam koleżance pańską skórkę. Że to
tylko pod cmentarzami w Warszawie Można dostać ale jako uzależniona od słodyczy
zjadłam ją i prezentu nie mam.
Szukałam grobu Wojtka. Był założycielem Stowarzyszenia Bądź z nami. Długie lata
pracował w terapii uzależnień. Przez jego ręce przewinęło się tysiące
alkoholików. Kim był, że ani rodzina, ani znajomi nie pamiętają go. Nie wiem czy jego grób istnieje bo pozostało
tylko zielsko i zupełny brak możliwości zidentyfikowania jego kwatery. Chyba po niespełna roku nikt już o nim nie
pamiętał. Zapaliłam świeczkę na
zbiorowej mogile. Za wszystkich mi bliskich do których już nie pójdę bo nie wiem
gdzie ich groby, bo nie mam czasu, bo mi się nie chce.
Xxx
Mam nadzieję, że mój przyjaciel dopłynął już na Markizy a
moja koleżanka wędruje na wysokości pięciu tysięcy metrów. Trzymam kciuki za
wyprawy i szczęśliwe powroty do domu, do mnie. Nie zgadzam się na żadne
odchodzenie.
Szukam sensu.
Za miesiąc Moja Guru kończy dziewięćdziesiąt lat. Skąd
ludzie czerpią siły do długowieczności. Gdzie ładują motorki do aktywności,
działania, radości życia. Skąd czerpią sens dla życia.
Zmarł mój kolega. Wspaniały człowiek, przyjaciel,
wolontariusz. Żył z HIV ponad 20 lat. Zmarł na raka. Chyba niezwiązanego z HIV.
Ale kto to może wiedzieć. Żył pełnym życiem. Nałapał się świata. Dużo
podróżował, poznawał ludzi. W 1999 roku napisał na konferencję światową, która
odbywała się w Warszawie „hymn dla osób żyjących z HIV” i tę piosenkę zażyczył
sobie na pogrzebie. Umierał świadomie. Bo na raka umiera się świadomie. Przed
śmiercią pożegnał się ze swoimi bliskimi, z rodziną, przyjaciółmi. Dzwonił i
mówił – już się więcej nie spotkamy. Bardzo go bliskim brakuje.
Ludzie odchodzą. Nie trzeba mieć HIV żeby umrzeć. Wystarczy
się urodzić.
Szwecja
Jestem na promie. Wracam do domu. Byłam u mojej
przyjaciółki, mentorki, idola, wzoru. Janeczka kończy w listopadzie 90 lat.
Byłam u niej przez tydzień a nachodziłam się do muzeów, na balety i odczyty
tyle ile przez rok w Polsce. MA niespożyte zasoby energii i zainteresowań.
Ciągle w ruchu. Ja czułam, że wysiadam, ziewam ze zmęczenia a ona jeszcze film na
TV Kultura, jeszcze odpowiedzieć na maile, jeszcze stos artykułów lub książek
do przeczytania.
Nie lubię się rozstawać. Nigdy nie wiem czy się jeszcze
zobaczymy. Kiedyś byłam pewna, że jutro, pojutrze, za rok skrzyżują się nasze
drogi. Teraz coś mi się w głowie poprzestawiało i mam wrażenie, że w moim życiu
są same pożegnania. Jest we mnie smutek, żal, pustka. Zniechęcenie.
Dojmujący ból egzystencjalny. Makabra.
Szukam sensu bycia.
Ten cholerny HIV
Czuję się zdeterminowana przez HIV. Nic mi nie wychodzi z
ludźmi, którzy nie wiedzą o moim zakażeniu. Jakoś te kontakty wydają mi się
spłycone. To nie znaczy, że temat HIV jest na pierwszym miejscu w rozmowach.
Raczej w ogóle go nie ma. Ale ja wiem, że nie muszę się z tym tematem kryć. I
jak będę chciała to mogę mówić otwarcie.
Niestety większość moich starych przyjaźni uległo rozpadowi,
przedawnieniu. Rozpłynęło się. Rozeszliśmy się. Na dwa bieguny. Czasami na
trzy. Nie po drodze nam. Zupełnie. Zostały wspólne wspomnienia. Ale nic co jest
teraz.
Staram się budować nowe przyjaźnie. Strasznie kiepsko mi to
wychodzi. Staram się podtrzymywać te przyjaźnie które mi się ostały. Mam
nadzieję na sukces. Tylko żeby już nikt nie odchodził. Na promiemiałam takie filozoficzne przemyślenia a
właściwie odczucia. Im dalej od brzegu tym częściej komórka nie miała zasięgu
ani do Orange, ani do Plus i uświadomiła sobie, że mimo, że mam komórkę to nie
mam już ludzi z którymi mogłabym rozmawiać. Nie ma do nich dostępu. Jakieś to
było takie ostateczne. Poczułam się bardzo samotna wśród tłumu.
Xxx
Ale są też i zdarzenia super radosne. Moja przyjaciółka jest
w wymarzonej, wytęsknionej ciąży. Będę ciocią.Tyle lat starań. Nie moich oczywiście. Termin porodu mają na koniec
marca. Jeszcze nie znana płeć. Już zaczynam trzymać kciuki.
Pięć dni w górach
Wrzesień tym razem jest piękny. Jedziemy z przyjaciółką w
Tatry. Mamy zarezerwowane miejsca w schroniskach. Strasznie dawno nie byłam w
górach. Nie pamiętam jak one smakują, jak pachną. Nie wiem nawet czy dam radę.
Mięśnie mi się zastały.
Dwie noce śpimy na Ornaku, dwie noce na Chochołowskiej.
Słońce, bezchmurne niebo, ciepło, ponad 20 stopni, krótkie spodenki, krótkie
rękawki. Jest cudownie!!! Beztrosko!!! Niczego mi nie brakuje!!! Mogę tak iść i
iść i iść i leżeć też tak mogę. Co kilka chwil gotujemy sobie herbatkę, jemy
kanapki, i podziwiamy. Tatry są zielono-bordow-złoto-czerwone. Słychać jelenie.
Widać kozice.
xxx
Jak to zrobić , żeby nie wracać do Warszawy. Ani ona ani ja
nie wiemy co z pracą. Do końca roku jest, a potem? Bardzo prawdopodobne, że nie
będę miała już do czego wracać. Żałuję, że w swoim życiu skupiłam się na
prowadzeniu Stowarzyszenia. Bardzo żałuję. Czuję, że zmarnowałam czas na
zajmowanie się nie sobą. Wszystkim wokoło mówiłam, żeby umieli wywarzyć życie
osobiste i zawodowe, że nie może być ważna tylko praca. Należy mieć
zainteresowania, hobby, inny świat. Bo jak runie świat zawodowy nie pozostanie
nic.
Okropnie się czuję. 15 lat pracy i zero satysfakcji. Gdyby
moja praca była ważna byłaby doceniona i jakoś trwała. A tu ani, ani złotówki
na działanie. Sponsorzy, darczyńcy, Miasto odwrócili się mówiąc, że nasza praca
jest zupełnie niepotrzebna. Do zeszłego roku dziennie zakażało się w Polsce
dwoje ludzi, teraz już troje. Ale na HIV pieniędzy na rok przyszły nie będzie.
Na narkomanię też nie. Teraz w priorytetach Miasta Warszawa jest oczywiście
Euro 2010 i hazard.
Więc każdy, więc wszyscy którzy się znają i nieznają będą
pisać programy na hazard. Nie ważne czy mamy doświadczenie, czy umiemy. W 2012
bawimy się w hazard i uzależnienie od Internetu.
Za tydzień wybory
Ciągle zastanawiam się czy iść głosować. Dopisałam się do
listy. I nawet mam kandydatkę z listy numer 4 pozycja 2. Ale bardzo chciałabym
pokazać, że jestem przeciw polityce uprawianej w Polsce od 20 lat. Jestem
przeciwna, żeby ludzie byli pozostawiani sami sobie – czyli radżta sobie sami.
Żyję w lęku, że nie dam rady. I moi znajomi żyją w lęku, że nie dadzą rady. Już
od dawna nie mam etatu – bo dochody z etatu 350 zł to chyba żart. Nie mogę
chorować, iść na urlopy. Każdy dzień nieobecności w pracy to dla mnie strata. A
jestem za słaba, żeby podejmować nowe wyzwania. Jednak zakażenie to nie pryszcz
na nodze.
Xxx
Czy pacjent idący na operację nie związaną z HIV musi
lekarzom mówić o swoim zakażeniu HIV? Nie, nie musi. Obowiązek informowania
istnieje tylko wobec partnera seksualnego i koniec. Lekarzu chroń się sam.
Większość osóbnie wie o swoim zakażeniu
i oni ci nie powiedzą, nie zadbają. Wiele takich pytań przychodzi do nas na
pocztę meilową. Leczymy się wszakże wszędzie, nie tylko w poradniach dla osób z
HIV.
Xxx
Jak masz pecha to masz pecha i już. Różni ludzie chorują i
różnie trafiają. Niektórzy nachwalić się nie mogą na kulturę, wiedzę personelu
medycznego. A niektórym zawsze pod górkę.
Na hematologii w Warszawie do dzisiejszego dnia leżała moja
koleżanka. Nie dość, że z HIV to z
metadonem. Zastanawiam się dlaczego osoby nie nadające się do pracy z ludźmi
pchają się do pracy z ludźmi. Brak wiedzy powinien być karany przymusowymi lekcjami
i pracami na rzecz społeczności.
Po operacji nie podawano pacjentce przeciwbólowych, chociaż
cierpiała bardzo ponieważ jest narkomanką a narkomanki zawsze domagają się
przeciwbólowych środków!!! Uratowało ją to, że miała znajomych w tym szpitalu.
Inaczej cierpiałaby bez pomocy – bo narkomanów trzeba karać. Chętnie podałabym
nazwiska osób, które tak źle ją traktowały ale musze zapytać się prawnika jakie
mogą być tego konsekwencje prawne dla mnie.
Wskazówka i rada – jeżeli jesteś sam/sama i nikt o Ciebie
nie zadba to jesteś skazany na zapomnienie i złe traktowanie. Zanim pójdziesz
do szpitala stwórz sobie grupę życzliwych osób, które o Ciebie zawalczą. Tego każdy powinien się uczyć. Ludzie w
szpitalach nie przestają być ludźmi i maja prawa.
Xxx
Znowu nie mogę spać. Nie mam zapewnionej podstawowej
potrzeby. Chodzę senna i skołowana. Już nie wiem na kogo lub na co mam zrzucać
odpowiedzialność. Stres, depresja, klimakterium, HIV. Co mnie tak rozwala? W
listopadzie idę do neurologa nie HIV- oskiego i do psychiatry. Niech na mnie
spojrzą świeżym okiem i niech mi ktoś pomoże!!!
Ale ogólnie nie jest źle. Można wytrzymać. Robię
podsumowanie kontaktów „społecznych”. I czynie listę spraw i rzeczy, które mogą
mi przynieść satysfakcję i zadowolenie. Mam nadzieję, że większość będę mogła
zrealizować.
Jeszcze
miesiąc lata. I długich dni. W których na wszystko jest czas. Na przykład na
czytanie książek. Ceny odstraszyły mnie od zakupów w księgarniach. Czasami
zagapiam się nawitryny, czasami nawet
wchodzę do sklepów, ile nowych tytułów(!), przeglądam nowości, starości.
Niestety cena za książkę 40 zł to przy moim wyliczonym ściśle budżecie jest
trochę poza zasięgiem. Mogę sobie zrobićprezent książkowy raz na dwa miesiące. Na szczęście są biblioteki i lato.
Zawsze się tak dziwnie składa, że latem mam o wiele więcej czasu na czytanie
chociaż pracy i zajęć tyle samo. Powtarza się to od kilku lat. Nadrabiam
zaległości czytelnicze ciężkiej, ciemnie zimy. Aktualnie zaczytuję się w
reportażach Terzaniego polecanego przez Kapuścińskiego. A druga komendacja
to obecność na półce nowości w mojej bibliotece. Czyli książka dostępna dla
mnie. Jestem oczarowana stylem i treścią. Facet pisze reportaż o swoim
chorowaniu i zmaganiu z rakiem. Czasami miałam wrażenie, że mamy wspólne
przemyślenia, że tak samo odbieramy chorowanie i walkę o zdrowie. Też
zastanawiał się nad sensem kupienia nowych butów!!! Bardzo rzeczywiście opisuje
świat ludzi chorych jakże inny od świata ludzi zdrowych. Wybiera medycynę
cywilizacji chociaż poznał świat i alternatywne medycyny. Stara się jakoś
połączyć chemię, naświetlania i operacje z jogą, medytacją, homeopatią bardziej
dla uzyskania równowagi psychicznej.
Skałki
Byłam z
przyjaciółką w skałkach. Śmiga w górę i w dół jak kozica. Mnie pozostaje
przyglądanie się z dołu i chodzenie po lasach na grzyby. Było sympatycznie.
Spaliśmy u gospodyni, która walczyła z hałaśliwymi i i stosującymi przemoc
wobec siebie Romami. Tak prali młodą żonę swojego ziomka, że ho ho. Czyżbym
uległa stereotypom. Oczywiście żadne z nas nie zgłosiło tego na policję.
Zastanawiałam się dlaczego i doszłam do wniosku, że właśnie przez stereotypy.
Nikt z pośród pozostałych gości mieszkających w pensjonacie w tym okresie nie
zachowywał się głośno, nikt nie zostawiał brudnej łazienki, nikt nie nagabywał
i nie nakłaniał do kupna różnych fatałaszków, perfumów, sprzętów i mimo odmowy
nie przychodził po raz kolejny z towarem. Polska jest ogólnie postrzegana jako
kraj nietolerancyjny. Więc gdybym zgłosiła na policję , że Rom biję Romkę a nie
zgłosiła że jakiś Paweł biję jakąś Halinę to we własnej głowie widzę siebie w
złym świetle jako przyczyniająca się do krzywdzącej opinii na temat Romów. Ale
do cholery oni te młodą chyba około 16 – 17 letnią dziewczynę lali. Tak, że
chciała uciekać do mamy. Żeby jak najdalej od „kochającego” męża. Nic nie
zrobiłam. Ale tkwi to we mnie jak zadra. Czy to był strach? Czy nie wiara w
sensowne działania policji? Czy niechęć, żeby się w cokolwiek mieszać bo potem
trzeba ponosić konsekwencję mieszania. A spokój przede wszystkim?
Działka
Moja mam ma
problem z rodzinką. Rodzina jest wspaniała. Działka, lato, woda, owoce. Więc i
chętnych do korzystania z uroków wielu. Ja to jestem jednak dupowata. Wolałabym
się zmniejszyć, żeby innym nie przeszkadzać i ciągle pytam o zgodę jeżeli coś
nie moje, czy to rzecz, czy czas, czy terytorium. A tu nic z tych rzeczy.
Rodzinka zawiadomiła, że przyjeżdża, nie podając terminu bo to przecież o ich
wygodę chodzi, bo staropolskim zwyczajem Bóg w dom – gość w dom więc mnie gość
kiedy mam ochotę na przyjazd do Ciebie. Nie pytając czy się moja mama zgadza i
czy sama nie będzie chciała wykorzystać owoców zrobili sobie przetwory i
zapowiedzieli, że w roku przyszłym też przyjadą i też zrobią tym razem więcej
bo im się więcej przyda. Szarańcza! I egoizm do n-tej potęgi. Chyba najbardziej
mnie wkurzyło, że bez mojej zgody spali w moim pokoju i w moim łóżku (jakby
mnie ktoś okradł z intymności). Zobaczymy co będzie dalej. Bo ogólnie wszyscy
są mili i sympatyczni tylko, że nastawieni wyłącznie na swoje potrzeby.
Wesele.
A świat się
kręci dalej.Moja koleżanka wychodzi za
mąż. Setki sklepów przemierzyłam, żeby kupić sukienkę. Kupiłam. Cudną. Jestem w
niej szczupła i zwiewna tylko nie mogę oddychać. Postanowiłam schudnąć trzy
centymetry w pasie. Przez trzy dni. W kilogramach się udało, w centymetrach
nie. Trzy dni przeznaczone na wysiłek fizyczny. Sauna, siłownia, 1000 kalorii
dziennie, mało picia. W sukienkę nie weszłam ale i tak bawiłam się przednio. Odnalazł
się mój kolega do wesela więc i miałam z kim potańczyć i pogadać. Nie było
samych tańców. Były też niespodzianki. Mam Panny Młodej przeszła samą siebie i
na weselu śpiewał artysta bliski mojej epoce i mojemu serce. Trąbka i pszczółka
Maja. Dla mnie to był prezent wielki. Nie zaprzepaściłam szansy i nie
omieszkałam podejść, przedstawić się i powiedzieć o uczuciach do jego trąbki,
głosu i muzyki.
Leczenie
Moja
koleżanka znowu leży w szpitalu. Ciągle się dziwię, że szpital zakaźny leczy
pacjentów onkologicznych. Czy ma pecha czy ma szczęście. Z tego co wiem,
lekarze ze szpitala onkologicznego nie zrobili jej operacji bo pacjentka ma
HIVa. Chciałabym to jakoś sprawdzić. Zgłosiła się do nich przed rokiem z bardzo
dużym guzem. Zbadali, podebatowali, ustalili plan leczenia. Po naświetlaniach
powiedzieli, że jeżeli guz się zmniejszy to następnym etapem jest operacyjne usunięcie
zmiany. Po naświetlaniach guz faktycznie się zmniejszył ale o operacji słuch
zaginął.Natomiast po kilku tygodniach samoistnie
zrobiła się przetoka, krwawienie, obrzęki kończyn, zapalenie płuc. O co chodzi?
Dlaczego nie jest pod kontrolą onkologiczną? Dopóki nie miała obrzęku kończyn i
zapalenia płu to leżała i tylko krwawiła. Jak się pojawiły obrzęki to
powiedziano, że teraz nic nie można zrobić bo SA obrzęki, jak się pojawiło
zapalenie płuc to powiedziano, że nic nie można zrobić bo jest zapalenie płuc.
Mam jakieś takie przerażające wrażenie, że moja koleżanka skazana jest na
powolne umieranie bo dla medycyny jest ona przypadkiem mało ciekawym. Jest
biedna, wyszła z uzależnienia, wspomagana jest medycznie metadonem. Ma fajną
córkę i wnuki. Ale nie ma kto o nią zawalczyć. Nie ma pyskatej, bogatej,
umiejącej się znaleźć rodziny, która poszłaby do lekarza i zajmowała mu czas
dopytując, interesując się stanem zdrowia, szukając innych rozwiązań. Nie mam
na myśli łapówek.Mówię o komunikacji, o
prezentacji,i o dochodzeniu do celu.
Celem jest operacja. Jak rozmawiać żeby mnie zoperowali. Jak zrobić, żeby się
mną zajęli. Szpital zakaźny nie jest od leczenia nowotworów i przetok. Tam nie
ma takich specjalistów. Gdzie są specjaliści i szpitale, które przyjmują
pacjentów bez względu na stan majętności i status HIV.
ZUS.
O matko,
To już
klasyka chamskiego zachowania. Symbol naszych czasów. Orzeczenie bardzo często zależy
od widzimisię orzecznika i limitu na dzień dzisiejszy. A I najgorsze, że nic się nie da z tym fantem zrobić,
bo orzecznicy z ZUS są bezkarni i mogą bezkarnie poniżać ludzi. Nie ma na to
sankcji. Gorzej nie ma na to skarg. A dlaczego nie ma skarg? Bo ludzie się
boja, że jedna z drugą Panie lekarki zapamiętają imię i nazwisko i za trzy lata
złośliwie zabiorą rentę. Co to się się porobiło. Wraca zamordyzm, terror,
strach. Gdzie jest państwo prawa, gdzie są instytucje broniące obywatela?
Dwóch panów którzy przyszli na powtórną komisję, dwie różne historie. Pierwsza
historia zakończona orzeczeniem – kontynuacją starej dwójki, druga obniżeniem
do starej trójki. I nie ot chodzi, że człowiek nie może się wyleczyć w końcu
medycyna robi postępy ale na jakiej podstawie przyznawane są stopnie i od czego
zależy przyznanie grupy.
Pan X wchodzi w poniedziałek i pani orzecznik (trudno mi mysleć o niej
jak o lekarzu) mówi od wejścia – Panu się dwójka nie należy. I już cała rozmowa
toczy się pod kątem odebrania grupy. Odzywki typu: a co mi pan tu pod nos
podtyka; z niczym pan przyszedł; to ja jestem lekarzem i wiem na czym ta
choroba polega; kłamie pan; lekarz na skierowaniu do ZUS może wszystko napisać
chcę badania; tych badań nie chcę; chcę inne badania; jest pan nieprzygotowany;
po co pan tu przyszedł; z czym pan tu przyszedł (oczywiście w lekceważący
sposób); przy pana chorobie nie ma takich objawów, kłamie pan;proszę dać mi inne wyniki; to jest pieczątka
szpitala a ja chce wyniki z przychodni; proszę nie kłamać, że pan był w
poradni; proszę odwrócić się do mnie bokiem i oddychać w stronę ściany; te
wyniki i badania mnie nie interesują orzeczenie już wydałam (podnosząc głos)
proszę wyjść; mówię do pana proszę wyjść. CUDOWNE PRAWO DLA OBYWATELA
Pan Y wchodzi we wtorek – ten sam gabinet ta sami pani orzecznik mówi
od wejścia co się pan tak denerwuje, grupa się panu należy, na pewno coś
znajdziemy, żeby było dobrze. I jest dobrze.
Wyleczyć się można. Jasne. Ale decyzje były podjęte zanim panowie
otworzyli usta.
Tak jak pieniądze na leki ARV zostały przydzielone bo Pani Minister
była tak dobra, że je przydzieliła tak i panie orzeczniczki raz miały dobry
dzień, a raz zły. Raz limit przyznań rent się skończył a raz jeszcze można było
komuś przedłużyć rentę. Do rozstrzygnięć nie potrzebne kompetencje tylko dobry
nastrój Argumenty?badania? wyniki? Są
niepotrzebne. Spokojnie można by było renty zabierać lub przyznawać zaocznie
albo w drodze losowania jak totolotek. Jak sobie wylosujesz rentę to ją masz,
jak nie to twoja wina. Jaka oszczędność na personelu. Panie i panowie
orzeczniczki i orzecznicy mogliby zasilić szpitale. O nie (!) co ja też piszę.
Może nareszcie byliby zmuszeni zmienić zawód. Może poszliby w miejsca gdzie nie
ma się kontaktu z ludźmi? Czego sobie i wszystkim natykającym się i muszącym
przejść przez mękę obcowania z orzecznictwem życzę.
A swoją drogą
jestem bardzo ciekawa jak inni poradzili sobie z orzecznikami, jakie mają swoje
historie. Może ktokolwiek chciałby się podzielić? Może jak się znajdzie
ktokolwiek chętny do złożenia skargi na zachowanie może można by było jakiś
zbiorowy pozew – to zawsze bezpieczniej.
Czekam jeszcze dziś na relacje kobiety. Przygotowuje się do spotkania z
panią orzeczniczką od miesiąca. Po nocach nie śpi, jest zdenerwowana,
przerażona. Ma dobre „dokumenty”. Jest osobąschorowaną. Zastanawia się czy pójść nieumyta, z brudnymi włosami,
zrobiona na bladego trupa? Czy może elegancko ubrana. Jak decyzja nie zależy od
wyników i badań to przychodzą różne rzeczy do głowy. Polska bezkarna paranoja.
Gdyby ktoś się podzielić swoimi doświadczeniami to piszcie na adres swwaids@free.ngo.pl lub na poradnię.
Akcja ZUS z ludzką twarzą!
Huśtawki pogodowe są nie do wytrzymania. Podobno Polacy to
taki „ciśnieniowy naród”. Reagujemy na zmiany i skoki. I ja też reaguję. Głowę
mam ciężką. Bezmyślną I gorzej widzę.
Nie wsiadłam wczoraj do samochodu bo miałam wrażenie, że wszystko wokoło
mnie tańczy i jest osnute lekką mgiełką. Wróciłam z weekendu do Warszawy pociągiem. I prosto z pociągu do pracy. Jestem niewyspana bo od trzeciej nie śpię.
Kilka dni spędzonych na łonie natury to zawsze odskocznia od wielkiego miasta.
Lato powinno się spędzać na letnisku, może być na wsi albo u znajomych we
dworku, albo przynajmniej na działce. W otoczeniu dojrzewających owoców i
warzyw, mleka prosto od krowy, ciepłego jeziora, lasów, łąk. Z dala od rozpalonych murów i informacji telewizyjnych.
Nigdy dobrze nie śpię kiedy rano gdzieś jadę. A kiedyś było inaczej. Świat
ulega zmianie. Tym razem mama zostawiła mnie na dwa dni sam na sam z przyrodą.
Miała do załatwienia wizytę u lekarza, opłaty i bibliotekę. A ja dwa dni spędziłam
na czytaniu. Leżaczek w cieniu drzewa i zaległości w literaturze. Niestety nie
do odrobienia. Książek, które chciałabym przeczytać jest tak dużo, że
musiałabym oddawać się tylko czytelnianej rozpuście nie dopuszczając do siebie
ani pracy ani innych rozrywek. Biblioteki niestety nie są zaopatrywane we
wszystkie nowości. A księgarnie są niedostępne dla mojej kieszeni. Umówiłam się
z koleżanką, że będziemy naprzemiennie zaopatrywać się w książki. Raz ona
wydatkuje raz ja a czytamy wspólnie.
Urlop
Urlop już mi się skończył.
A przynajmniej jedna jego część. Przez trzy tygodnie zrobiłam samochodem ponad cztery tysiące
kilometrów. Wszędzie tam gdzie byłam
drogi są lepsze niż polskie. I kierowcy kulturalniejsi niż MY. W ogóle nie
bałam się, że ktoś mi zajedzie drogę, że przy ciągłej linii z naprzeciwka
pojawi się wyprzedzający „zabójca”,
wyjedzie z bocznej, podporządkowanej drogi prosto w mój samochód, że nie wpadnę
w dziurę. A wystarczyło przekroczyć granicę do Polski i horror się zaczął. Nie
mówiąc o tym, że tysiąc kilometrów TAM zrobiłam w dwanaście godzin a dwieście pięćdziesiąt kilometrów TU w pięć. Dobrze, że się
zdecydowałam na wakacje w Chorwacji. Miałam cudowne trzy tygodnie lata. Bardzo,
bardzo, bardzo nie chciało mi się jechać. Przekładałam wyjazd z dnia na dzień.
Bałam się takiej długiej drogi i tego, że koleżanka ciągle choruje i nie
wiadomo czy nie rozłoży się gdzieś na obczyźnie. Ubezpieczyłam się więc na
wszystkie możliwe okazje i kataklizmy. Osobno samochód , osobno siebie i nawet
ubezpieczyłam się od odpowiedzialności cywilnej. Jak się wydaje pieniądze na
wakacje to nie warto ryzykować i liczyć, że i tym razem nic się złego nie
stanie. Jak się nie stanie to cudownie. Przezorny zawsze ubezpieczony! I
lękliwy. To ja.
Ustaliłyśmy trasę, ustaliłyśmy
najpotrzebniejsze rzeczy do wzięcia, zrobiłyśmy weki. Wymieniłyśmy pieniądze i
w Boże Ciało ruszyłyśmy w nieznane. Ja troszkę w znane. Dawno temu w roku 1976
z rodzicami byłam w Jugosławii i też jechałam podobną trasą czyli przez
Budapeszt, Sarajewo, Mostar do Dubrownika a potem w dół albo w górę czyli do
Zagrzebia. Mam nawyk planowania. Nie muszę się potem sztywno trzymać planu ale
zawsze mam opracowane kilka wariantów postępowania. Tak na wszelki wypadek. Ja chyba w ogóle jestem „na
wszelki wypadek”. Mniej więcej wiem ile
kilometrów mam przejechać w ciągu dnia, mniej więcej wytyczam okolice noclegu i
zapisuję sobie kampingi, mniej więcej planuję ile dni chcę spędzić w danym
regionie, mniej więcej zapoznaję się z ciekawostkami na trasie – może uda się
je zwiedzić. Mniej więcej wiem jak zaplanować trasę, odpoczynki, przystanki
żeby nie zajechać w nieznane miejsce w nocy. Mniej więcej rozkładam swoje siły
do ilości zaplanowanych kilometrów. Dla mnie ważne są mapy i przewodniki. Chcę
po prostu wiedzieć co gdzie, kiedy, o której
i za ile.
Ustaliłyśmy, że prowadzimy samochód na zmianę. I to było
pierwsze ustalenie które wzięło w łeb. Nic z tego nie wyszło. Nie wiem czemu i
już nie roztrząsam. Ale jadącym w długą podróż zaleciłabym posiadanie drugiego
kierowcy. Lub przynajmniej osoby, która
umie współpracować w jechaniu. Nie zasypia, prowadzi rozmowę, jest
zainteresowana drogą, obserwuje, dzieli się spostrzeżeniami. Inaczej można się
zajechać w dosłownym znaczeniu tego słowa.
A jednak odpoczęłam.
Chociaż uważam, że
urlop powinien trwać do bólu, do chęci powrotu, do znudzenia odpoczywaniem. Któregoś
dnia obudziłam się na niewygodnym materacu w namiocie i poczułam, że nie ma we
mnie codziennego lęku. Nie odczuwam strachu przed jutrem, nie zastanawiam się
czy wszystko zrobione, nie uciekam przed telefonami, nie dygoczę wewnętrznie. Gdzieś
w siną dal odeszło napięcie karku i przykurcz szczęk. Po prostu było słońce,
morze, owoce, kalmary, długie spacery, słona woda, pływanie. Przez pierwsze dni
budziłam się jeszcze zmęczona. Wstawałam, kiedy słońce było wysoko na niebie.
Ale z każdym dniem budziłam się coraz wcześniej i coraz bardzie wypoczęta. Wstawałam
pełna ciekawości rozpoczętego dnia i rozpoczynałam każdy dzień od kąpieli w
cudownie morskiej wodzie.
Totalne lenistwo, luz,
blues. Odpuściłam sobie dużo spraw. I właśnie to odpuszczenie przyniosło
efekty. Jedynym mankamentem i jedynym stresorem było wjeżdżanie do dużych miast,
szukanie parkingu, uważanie na obce obyczaje drogowe. Były sytuacje w których bardzo
przydała by mi się pomoc. Wróciłam cała. Czyli dałam sobie radę sama.
Nowe doznania.
Po raz pierwszy pływałam na windsurfingu. No może nie
pływałam. Chciałam pływać. Wchodziłam na deskę i spadałam i tak przez około
cztery godziny. Kilka razy udało mi się popłynąć kawałek i nawet zrobić zwrot
ale płynęłam tylko tam gdzie chciał wiatr i gdzie spychał mnie nurt.
Wszystko jak zwykle zdarzyło się przez przypadek. Wyczytałam
w przewodniku, że na półwyspie Pejliasać jest dziko i bez ludzi a szkoda bo to wspaniałe
miejsce. Postanowiłam tam zabiwakować. Trafiłyśmy na sam koniec półwyspu , który
jest mekką i rajem dla windsurfingu i kitesurfingu. Kawał morza pomiędzy
półwyspem a wyspą Korcula był usiany żagielkami. Rozbiłyśmy się na dużym
kempingu a na plaży usiadłyśmy dokładnie tyłkami przy polskiej szkole windsurfingu.
Więc grzechem byłoby nie skorzystać. Najpierw
zaznajomienie się z deską, potem wejście na deskę, utrzymanie się na desce,
skakanie na desce. Nogi drżą deska się gibie, fala kołysze. Postawa wyprostowana
ha ha ha. Tylko wypięty tyłek pozwalał
utrzymywać się na nogach. Zdjęcia mam pierwsza klasa. Strach w oczach, grymas
na twarzy, postawa kuczna lub przykurczona. Potem do tego doszedł żagiel. A
potem wiatr robił swoje. Na pewno nauczyła się chodzić z deską. Bo cała nauka
polegała na tym, że …. wchodziłam na deskę, wyciągałam żagiel czyli pędnik z
wody i płynęłam w kierunku, w którym wiał wiatr , wpadałam do wody, następnie
wchodziłam na deskę, którą przez czas wchodzenia nurt zdążył przesunąć o
kilkanaście metrów wzdłuż brzegu, wyciągałam pędnik i płynęłam tam gdzie chciał
wiatr, następnie wpadałam do wody i tak dalej. W sumie lądowałam jakieś
kilkadziesiąt metrów za szkółką często daleko od brzegu. A żeby się dostać do
miejsca startu przy dobrych układach należało przejść kilkadziesiąt metrów brzegiem ciągnąc za sobą
deskę i żagiel lub w trudniejszej sytuacji dopłynąć do brzegu ze środka morza holując
deskę i żagiel i potem dojść kilkadziesiąt metrów. i tak bawiłam się przez cztery godziny.
Nie wiem czy mnie ten sport wciągnie. Ale dopóki się nie nauczę to tego nie wiem. A
poza tym chyba lubię nowe wyzwania i chcę spróbować. Postanowiłam sobie wziąć
kilka lekcji. Wielce prawdopodobne, że to będzie Hel. Może mi się uda zaliczyć
następna sprawność. Taki ślizg na desce musi być przyjemny.
XXX
Wróciłam do domu z wakacji i powróciły wszystkie złe lęki. Znów
dopada mnie strach przed samotnością.
xxx
Nie brałam leków przez tydzień. Nie mogłam się dodzwonić do
przychodni a ponieważ nie dostaję leków na zapas to niestety zostałam odcięta
od leków antyretrowirusowych. Przestałam
też brać środki antydepresyjne dokładnie
z tej samej przyczyny. Nie miałam kiedy
pójść do lekarza. Codzienność.
xxx
Nie mam z kim pójść na wesele koleżanki. Najchętniej bym się
z tego wymigała. Już raz byłam sama i to nie jest najprzyjemniejsze doświadczenie.
Ludzie sparowani bawią się w swoim gronie. Siedziałam przy stole i jedynie co
mogłam robić to jeść lub tańczyć z czterolatkami. Upojna noc.
Zapowiada się tak samo. Tym bardziej, że oprócz panny i pana
młodego nie znam z gości nikogo. Myślałam, że z partnerem nie będę miała kłopotu.
Klęska na całej linii. Prztyczek w nos i czarna polewka. Zaproponowałam w ogóle
nie przyszła mi do głowy odmowa. Zostałam grzecznie oblana zimną wodą. Pewnie
gdybym dłużej prosiła to może jeden z zapraszanych mężczyzn (bo było ich
trzech!!!!) by się w końcu łaskawie zgodził na spędzenie ze mną nocy. Jedyna moja nadzieja została pogrzebana
wczoraj. Moja deska ratunku akurat tego dnia wyjeżdża z Polski.
No nic, może popróbuję jeszcze (zostały cztery tygodnie) i
może ktoś zechce ze mną pójść. Dowiedziałam się, że istnieje taka strona WWW i
coś tam gdzie można sobie znaleźć partnera na spacer, do kina i na wesele. Ale
też istnieje druga możliwość . w soboty w pewnym kościele są msze dla samotnych
i ludzie się tam poznają w celach nie tylko matrymonialnych.
Moje ego zostało nadszarpnięte.
Xxx
Studia mam zaliczone. Podobno z testu były same piątki i
czwórki plus. Rok 2011/2012 chyba naukowo sobie odpuszczam. Chociaż interesuje
mnie dietetyka. I może jeżeli znajdę dofinansowanie to się skuszę na następny
rok nauki. Zakończenie roku odbędzie się w połowie września. Prawdopodobnie
będę wtedy na drugiej części urlopu.
Xxx
Wczoraj byłam u chirurga. Umówiona wizyta na wycięcie
pryszcza. Trochę się bałam. Bólu. Nic nie bolało ani w trakcie ani kilka godzin
potem. Od lat na plecach miałam taką mała narośl, która zupełnie mi nie
przeszkadzała. Ale od jakiegoś czasu dawała znać o sobie. Czułam, że ją mam.
Bolało, ciągnęło, gniotło. Wycinek poszedł do histopatu. Jestem na sto procent
pewna, że to zwykły „naddatek” skóry. Bardzo bym się zdziwiła gdyby było
inaczej. Mam dwa szwy do zdjęcia.
Xxx
Wybieram się na kilka dni do kolegi kapitana. Wypływa na
rejs swojego życia. Siedem miesięcy na Pacyfiku. Wieloryby, orki i atole. Dwa miesiące bez lądu. Nic tylko morze. Jestem
dumna z takiego kolegi. Miał marzenia i je realizuje. Jadę więc popływać z nim na żaglach, pożyczyć piankę a
może też popłynąć kawałek kanałem
ostródzko – elbląskim.
Xxx
Jadę do mamy. Drugi weekend lipcowy na działce. Wkopałam się
przeokrutnie. Akurat w sobotę remontują
tory i pociągi zamiast ponad czterech godzin jadą ponad pięć i
zatrzymują się w Bydgoszczy tylko na Głównym. Zanim dojadę po samochód
będzie noc.
A teraz tak naprawdę nie jadę tylko stoję w polu. I czekam.
Nikt nic nie wiem jak to na polskiej kolei. Żadnej informacji. Konduktorzy
uciekli, żeby nie musieć rozmawiać ze zrezygnowanymi lub zdenerwowanymi
pasażerami. Minęło już 20 minut. Ruszyliśmy. W przeciwna stronę.
Gdybym była młodsza „uciekłabym” z Polski. Nie gdzie bądź bo
gdzie bądź nie jest lepiej niż tu ale do europy zachodniej tak. Co jest, że jak
przekraczam granice do Polski to czuję się momentalnie nie szanowana, oszukiwana,
„wydymana”, traktowana jak osoba zbędna, głupsza, bezrozumna. Na każdym kroku i
w każdej działce. I co najgorsze zaczynam się sama w stosunku do innych też tak
zachowywać.
Xxx
Moja koleżanka odebrała wynik badania. Prawdopodobnie wie od
czego miała sepię. Dobrze, że z niej wyszła. Zastanawiające jest jednak, że
leżąc w szpitalu nie miała wykonanej konsultacji ginekologicznej. Chociaż
ewidentnie było widać, że to właśnie ginekologia może być przyczyną chorowania.
Z niewiedzy? Braku pieniędzy? Z lekceważenia? Nawet nie wiadomo jak się o to i
kogo zapytać. Pozostaje strach przed szpitalem, przed oddziałem i przed
niekompetencją lekarzy. Gdzie mnie nie skrzywdzą?!
Również ciąg dalszy jest historii onkologicznej. Nie
wykonano operacji bo dziewczyna ma HIV. Jak cudownie jest żyć w Polsce i bez
możności wyegzekwowania prawa.
Xxx
Dowiedziałam się z tajnych źródeł, że w przyszłym roku na
pomoc społeczną, kulturę, zdrowie będzie o następne 20 procent mniej środków niż
w tym roku, w którym jest o 30 procent mniej niż w roku ubiegłym.
Niech żyją stadiony i mecze. I cudowne podwyżki biletów,
prądu, żywności. U mnie w pracy szykuje się następna obniżka płacy.
xxx
Znowu mnie dopadła i trzyma. Moja niekochana Depresja. Nie
pomaga sulpiryd. Mogłabym przespać cały dzień. Niechętnie wstaję z łóżka. Słońce
mnie drażni a znajomi nie odpowiadają na telefony. Oddaję się nocnym oglądaniem
filmów. Pochłaniam też setki stron książek. Czytam wszystko co mi wpada w ręce.
Czytam i momentalnie zapominam. Zdarza się, że z biblioteki wypożyczam po raz
kolejny tą samą książkę.
Na konferencji w Rzymie ponoć dużo było o przedwczesnym
starzeniu się osób żyjących z HIV. Niestety nie mam żadnych danych. Z Polski
było na konferencji kilka osób, może uda się do nich dojść i wyciągnąć jakieś
szczegółowe informacje. Podobno mówiono również o postępowaniu
przedekspozycyjnym czyli o przyjmowaniu tabletek antyretrowirusowych przed
ryzykownym kontaktem, sytuacją, zdarzeniem. Też nic więcej nie umiem na ten
temat powiedzieć. Wiem tylko, że takie zabezpieczenie nie jest stu procentowe.
Czyli pomimo stosowania leków może dojść do zakażenia HIV. Każdy czeka na
cudowny lek i cudowną profilaktykę. Ale to co aktualnie firmy farmaceutyczne
robią moim zdaniem nie jest w porządku. Mówią, że ich leki są wspaniałe,
cudowne ale nie mówią ile tych leków trzeba stosować, na ile godzin przed
ryzykiem, i co w sytuacji kiedy wirus z którym przyjdzie nam się zmierzyć był
już przeleczony „wymarzonym” lekiem. Czyżby zapomniały, że taki lek wtedy w
ogóle nie działa? Dlaczego o tym nie mówią? Ile ludzi skorzysta z profilaktyki
przedekspozycyjnej i załapie się na HIV? Na odpowiedzi nie będziemy zapewne
czekać długo.
Xxx
Mamy na polskim rynku nowy generyk ARV. Jeszcze go nie ma w
rozdzielnictwie, ale za chwilę wchodzi do leczenia. Finansowo zyskamy,
zdrowotnie zobaczymy. I akurat padło na moje leki. Obawiam się, że będę w
pierwszej grupie doświadczalnej.
Xxx
Miałam jechać na kajaki lub żaglówki. Niestety pogoda
pokrzyżowała mi plany. Siedziałam a właściwie spałam przez trzy dni w domu.
Lubię jak pada w Warszawie. Przyszły weekend jak dobrze pójdzie umówiłam się w
Podlesicach. Popatrzę jak inni się wspinają a sama mam do popracowania!!!
Niestety termin ostateczny upływa a ja nie ruszyłam palcem. Co zrobić, żeby się
skupić!
Oto krótkie wprowadzenie. Mam na imię, hm ….. Aleksandra. Dlaczego się waham? I dlaczego
nie podaję pierwszego imienia tego używanego od narodzin, od chrztu? Bo trochę
się boję identyfikacji a w dalszym ciągu chcę mieszkać spokojnie tam gdzie
mieszkam, bo w dalszym ciągu chcę chodzić do fryzjera tam gdzie chodzę i do
kosmetyczki i do manikiurzystki.
Więc przyjmijmy, że mam na imię Elżbieta. O tym, że jestem
zakażona HIV dowiedziałam się gdy miałam 24 lata. Może 25. Pod koniec lat 80
tych. Mieszkałam wtedy w nie za dużym i nie za małym miasteczku. Pracowałam.
Imprezowałam. Świat należał do mnie. I wszystko było przede mną.
A potem przyszedł ten dzień. I wynik testu. I dwa lata bez
świadomości życia, słońca, oddechu. Jednobarwne szare dni. I ogłupiałe noce.
Potem rozstanie z pracą, potem śmierć
nieprzyjaciela. I potem jeszcze gorzej, jeszcze bardziej w dół. Rozpacz i
zagłuszanie i kac i rozpacz i znowu kac. I tak chyba 100 lat.
I w końcu żeby ukrócić cierpienie szczęśliwie nieudana próba
samobójcza.
Pracuję z ludźmi, więcej społecznie – tak jakbym chciała
oddać to co sama kiedyś dostałam. Czas. Zainteresowanie. Bezinteresowność. Czasami
moja praca wydaje mi się kompletnie bezsensowna. W jednym miejscu słucham
tragedii i nie mogę pomóc. To strasznie frustruje. W drugim miejscu
przytłaczają mnie papiery. Nie ma czasu na ludzi!!! Liczy się dobrze wypełniona
lista obecności. Gdzieś się zagubiła Stasia Bozowska. Każde działanie to ryzy
papieru i czas poświęcony na dokumentowanie zdarzeń. Listy w poprzek i wzdłuż,
z podpisem i bez podpisu.
Chciałabym wrócić do zawodu. Ale nie wiem czy fizycznie dam
radę. Często czuję się zmęczona. Taka kompletnie wyzuta z energii. Wstanie z
łóżka to duży wysiłek. Ciągle uważam, że
nic mi nie jest. Jestem zdrowa. Nic się nie zmienia w moim ciele. I za każdym
razem jak zapomnę to dostaję w łeb. Kilka dni bez odpoczynku a przyplątują mi
się choróbska różne. Grypy, przeziębienia, omdlenia, bóle głowy. Myślę wtedy,
że wiek robi swoje. Ale HIV mu w tym pomaga.
Uwielbiam leniuchować. I chodzić na bosaka. Gdy tylko jest
możliwość zdejmuję buty i napawam się dotykiem ziemi. Lubię wodę. Moczyć nogi,
pływać, kąpać się, kiedyś wędkowałam. Lubię kajaki, żaglówki. Lubiłabym windsurfing.
Uwielbiam ser camembert zagryzać winogronami. Albo
odwrotnie. I czekoladowe co nie co
popijać gorącą herbatą. Jestem zakochana w Paryżu i Sztokholmie i Sankt
Petersburgu. Lubię się zmęczyć górską wędrówką i potem leżeć na podszczyciu i
patrzeć w niebo.
Nie lubię chamstwa, agresji, wszystko wiedzenia, podjudzania,
głupoty, obrażania się i fanatyzmu. I jeszcze braku lojalności.
Długo nie mogłam się zabrać i zebrać do pisania. Coś wisi w
powietrzu i nic na to nie poradzę. Mam zupełnie wyczyszczony umysł. Wiatr w nim
hula.
Za dużo się wydarzało i to jak zwykle niezapowiedzianych i
niespodziewanych zdarzeń. Żadnych planów mieć nie można. Dniem dzisiejszym
należy żyć i nie wymagać niczego więcej.
Najsampierw czekałam
na koleżankę ze Sztokholmu. Miała spędzić dwa tygodnie w Polsce u przyjaciela a
ja starym zwyczajem miałam ją przywieźć z lotniska. A ponad to chciałyśmy
spędzić ze sobą czas jakiś. Pobyć ze sobą, pogadać. Pozamieniała się dyżurami, ustaliłam czas
pracy i we wtorek rano zwarta i gotowa czekałam na przylot samolotu. No i
pierwsze „oko” puszczone przez los. Z
lotniska w Sztokholmie nie do samolotu a do szpitala zawieźli moją koleżankę.
Przewróciła się, potłukła. Ważne było sprawdzić czy nie ma wstrząśnienia, czy
nic nie połamane. Na szczęście nic się złego nie stało. Lot przepadł tylko a i
ja z dniami wolnymi zostałam. Lot przełożyliśmy na tydzień później. Ale ja już
nie miałam dni wolnych. Wręcz przeciwnie. Ponieważ wcześniej pozamieniałam co
się dało żeby mieć wolne to teraz przyszedł czas oddawania dyżurów. Nici z
bycia ze sobą. Wyrywałam chwile wolne pomiędzy jedną a drugą pracą.
Drugie zdarzenie równie zdrowotne. Plany. Marzenia.
Nadzieje. Wakacje.
Współwspaczka zachorowała i wakacje w takim kształcie jak
zaplanowane w łeb wzięły. I znowu urlop zaplanowany. Dyżury odwołane. Wszystko
przesunięte w czasie i przestrzeni. Nie dość, że dwa tygodnie bez
pracy i bez urlopu (czekam na ozdrowienie koleżanki) to znowu nie
wzięłam dyżurów na następnych dwa tygodnie. A odpoczynku zero. Każdy kto na umowę zlecenie
pracuje to wie z czym się to je. To nie jest tak pięknie jak praca etatowa i urlopy pracownicze. Jak
mam ochotę na wycieczkę to niech se jadę ale pieniążków z tego nie będzie.
Cudownie się żyje w państwie pracodawców. Już dawno nie odpoczywałam, nie
pamiętam jak wygląda urlop!!! Jestem
zmęczona!!!!
XXX
Porobiłam wszystkie badania. Cd4900, wiremia poniżej
wykrywalności. Leki uwielbiam . Jak widać z wzajemnością. Trzymamy się razem. Nierozłączni 14 lat.
Z ginekolożką jak zwykle niesympatyczne spotkanie. Jak
zwykle spóźniła się 50 minut. Kompletny brak szacunku dla pacjentek. Zupełny
brak konsekwencji za takie zachowanie.
Dla wszystkich nieprawidłowości są normą. I nikt już nie ma o nic
pretensji. A pacjentki szczęśliwe, że w ogóle mają do kogo pójść .
Za to chirurg jest, chyba jako jeden z niewielu specjalistów
dobry. Wie co robi i szanuje pacjentów. Polecam.
Xxx
Będzie tym razem o zdrowiu i o chorowaniu.
Obracam się wśród osób chorych. Nie ma rozmów o radościach
są rozmowy o dolegliwościach. No trudno.
Tak sobie posłałam łóżko więc się i wyspać nie mogę. Apel do wszystkich!!! Nie chorujcie
szpitalnie, nie chorujcie ambulatoryjnie. Leczcie się u prawdziwych lekarzy.
Odkładajcie pieniądze bo one w chorowaniu mogą pomóc. Nie chodźcie do
konowałów. Mówicie głośno lub cicho ale
mówcie o wszelkich nieprawidłowościach. Ostrzegajcie innych do jakiego szpitala
warto iść a do jakiego nigdy.
Moja koleżanka trafiła właśnie do szpitala. Z gorączką,
zaburzeniami ruchowymi, omdleniami, sztywnością. Na pierwszy i na drugi rzut
oka widać było że dzieje się bardzo źle. Była bardzo ciężko chora. Bardzo,
bardzo ciężko chora. Powiem szczerze, że po raz pierwszy przeraziłam się jej
stanem. Jej stanem i stanem służby zdrowia. Bo…. W szpitalu nie było lekarzy.
Oczywiście, że to nie do końca prawda. Bo lekarze byli tylko z takim małym
stażem. I bardziej przerażeni od pacjentki. Lekarze inni w tym czasie byli na
konferencjach naukowych, zjazdach, urlopach.
Przez dwa dni w ciężkim stresie leżeć w szpitalu i się bać,
że nie ma kto mi pomóc? Przez dwa dni
leżeć z silnymi bólami i usłyszeć (jak za króla ćwieczka), że BOLEĆ MUSI , BO
NIC NIE MOGĄ DAĆ PRZECIWBÓLOWEGO, BO
DIAGNOZY JESZCZE NIE MA!!!!! Co się
takiego stało w polskiej służbie zdrowia czy ochronie zdrowia? Po raz pierwszy
pomyślałam sobie, że koniecznie należy zawiadomić rodzinę koleżanki aby i oni wzięli
na siebie część odpowiedzialność za monitowanie, nagabywanie, zainteresowanie
i aby w razie jej śmierci wiedzieli jak do tego doszło i ewentualnie
mogli skarżyć szpital o zaniechanie działania.
Nie będę ze
szczegółami opowiadać co się działało i ja się skończyło ponieważ końca jeszcze
nie ma. Ponieważ po krótkim pobycie w
szpitalu i kilku dniach w domu powtórzył się
znowu szpital. Tym razem trafiłyśmy do innego szpitala. Oby lepszego.
Oby w szpitalu byli lekarze. Oby ktoś został z lekarzy na dyżurze. Oby ktoś
umiał podejmować decyzje. Oby zechciał się zająć.
Chorowanie nie jest proste. Nieprawidłowości w systemie i
niechęci , nieumiejętności wśród ludzi „medycznych” jest za dużo jak na jednego
pacjenta. Zanim trafisz do szpitala
zawiadom swoich bliskich i daj im prawo do kontaktu z personelem. Niech
dzwonią, piszą, przyjeżdżają. Pytają, niech są obecni !!! Nie zostawaj sam.
XX
Drugi szpital okazał się lepszy bo z lekarzami. Obejrzeli co
się dało. Przebadali co mogli. Jedno tylko ale ……. sześć godzin oczekiwania na
wyniki i ewentualne przyjęcie do szpitala . Kto to wytrzyma.
XX
Człowieku! Gdzie się leczyć?
Jak szukać specjalistów? I to nie tylko chodzi o HIV. HIV z jednej
strony to profity, z drugiej strony rzeczy karygodne. Żeby pacjenci musieli
sami sobie pobierać krew?!
Łatwo jest być zdrowym. Wszystko wydaje się proste i
bezstresowe. Łatwo jest wtedy innym radzić. I w niczym nie widzieć problemu. Ale wystarczy na chwilę przebrać się w ciuchy
szpitalne i zostać pacjentem .
Gdzie się leczyć? Czy ktoś zna odpowiedz?
XXX
Nadwyrężyłam sobie samochód.
Mam wrażenie, że to przez leki antydepresyjne. Chyba mnie trochę
zaburzają. Wycofywałam się i pomimo tego, że samochód piszczał, dzwonił i mówił
z tyłu przeszkoda ja w nią wjechałam.
Grzmotnęło, rąbnęło. Moja mam zbladła i wyszła oglądać
zniszczenia. Okazały się niewielkie ale jednak. Poszukiwania mechanika zajęły
trochę czasu. Odstawiłam samochód, na umówiona godzinę stawiłam się po odbiór
przygotowana na wydatki (następne i niezapowiedziane) a tu Pan Mechanik mówi –
nie płaci Pani, za mała usterka.
Nie wszystko jest za
pieniądze. W tym dniu było mi bardzo radośnie i jakoś popatrzyłam z większą
wiarą na ludzi.
XXX
Może pojadę, pojedziemy do Chorwacji. Dokupiłam mały namiot.
Anty chrapacz. Moja koleżanka chrapie jak lokomotywa, jak piła tarczowa jak wiertło
pneumatyczne. Mam stoperki. Ale nie
zawsze one pomagają. A właściwie nigdy. Staram się jak mogę nie słyszeć. Nic z
tego!!! Więc mam dla siebie malusi namiot. Jak już nie dam rady to dwie minuty
rozkładania i ciszaaaa.
Jakoś boje się tej Chorwacji. 1700 kilometrów w jedną
stronę. Bez pilota. Odpowiedzialność jednoosobowa. Czyli zmęczenie. A ja chciałabym odpocząć. Mamy jechać „polnymi drogami” bo autostrady i
drogi szybkiego ruchu są płatne. A każdy
grosz na wagę złota. Oby to nie wyszło
drożej.
Profilaktycznie doubezpieczyłam samochód i oczywiście
siebie. Pierwszy przystanek przewiduję w
Zakopanym, drugi na Węgrzech, trzeci w Bośni, czwarty w Chorwacji. Czyli
zakładam po 500 kilometrów dziennie. Bez wariacji. Tylko czy starczy czasu na
samą Chorwację?
XXX
Zdałam i zaliczyłam egzaminy na uczelni a dodatkowo Pfron
dofinansował mi drugi semestr studiów. To dla mnie duża pomoc i niespodzianka.
Może w związku z tym pojadę autostradami płatnymi? Bo te
pieniądze mi „skapły” z nieba.
Podzwonię jeszcze do znajomych z dowidzenia.
Jeszcze mam czas na decyzję. Jadę czy nie jadę.
A na działce kładka i ciepła woda czekają na mnie. A tam nic
nie muszę.
Czekam na wiosnę. Zdjąć ubranie i pobiegać gołą stopą po
trawie. Znowu minął rok.
Zaczynam planować wakacje. Do tej pory wydawało mi się, że w
tym roku nigdzie nie pojadę bo mam kładkę nad jeziorem i to mi w zupełności
wystarczy. To po pierwsze. A po drugie nie mogę i nie chcę zostawiać mamy samej.
Ale chyba zdecydowałam się na europejską eskapadę. Może
Włochy?
Przeglądam przewodniki z Włoch, i coraz bardziej jestem
zafascynowana tym krajem. Tylko tam trzeba by pojechać na kilka miesięcy. W każdym zakątku
coś do zobaczenia, do zwiedzenia. Nie wiadomo co wybrać a co zostawić na
kiedyś. I góry i morza i wulkany wyspy i wszędzie wielka historia.
I drogo i daleko.
Pomyślałam, że połączę wyjazd do Włoch z konferencją AIDSową
która odbywa się w tym roku w lipcu w Rzymie. Powstaje taki program
ogólnoeuropejski dla kobiet pn. „SHE”. I
wstępne działania tegoż projektu mają być zaprezentowane na konferencji a
dodatkowo przez trzy dni kobiety mają jeszcze dopracowywać inne elementy projektu.
Jest szansa, że w ciągu roku powstanie poradnik szkoleniowo - warsztatowy ze
wskazówkami i z całymi elementami zajęć dla osób, które będą prowadziły
spotkania dla kobiet. I być może w ramach tego projektu my tu w Polsce też
otrzymamy dotację na prowadzenie zajęć dla kobiet z HIV.
Niestety okazało się, że niestety mnie nie chcą. Nie znam
języka angielskiego i w związku z tym nici z uczestnictwa. Wiedzę posiadam,
umiejętności i doświadczenie szkoleniowe mam a jednak po nic moje dwudziestoletnie , wszelakie
doświadczenia z HIVa. Nikt mnie nawet nie próbuje posłuchać.
Oczywiście, że jest mi przykro i stanowczo czuję się wyeliminowana.
Chciałabym sobie powiedzieć - nic to, nie
to nie, bez łaski ale to nie prawda. Mam naprawdę kolosalne doświadczenie i
mogłabym się na coś przydać. Nie
istnieje się we współczesnym świecie bez znajomości i bez znajomości języka
angielskiego. Jestem na aucie . Mogę
liczyć tylko na programy unijne na temat wykluczenia społecznego. Jako
beneficjentka. Nie jako twórczyni. Bardzo niemiłe doświadczenie.
Włochy odpadają.
Wybieram Chorwację. Też daleko i też drogo i też samochodem.
Postanowiłyśmy udać się w kierunku Dalmacji. Trasę mamy obcykaną. Prawie. Czyli
Słowacja, Węgry, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja – okolice
Dubrownika. To w jedną stronę. W drugą chyba wybrzeżem do Zagrzebia i dalej
powrót też przez Węgry i Słowację.
Wybieramy taką drogę bo taniej. Cóż to jest i tak około 4000 km. Czyli 240 litrów. Czyli około
1200 zł za paliwo. Dwie noce w jedną stronę, dwie noce z powrotem i myślę sobie
około 12-14 nocy tam. Czyli jak dobrze pójdzie planujemy wakacje trzy
tygodniowe. Czerwiec tańszy. Ale
ostatnie egzaminy mam pod koniec czerwca i chcę je zaliczyć w terminie. Więc
wyjazd będzie możliwy 22 czerwca. Bierzemy ze sobą namiot, krzesełka, stolik, butle z gazem i robimy weki. Żeby było
taniej. Potrzebujemy sprawny samochód, dużo euro i szczęścia. Już nie mogę się
doczekać. Jechania, bycia tam, opalania się, zwiedzania. W Jugosławii byłam 30
lat temu. Przed trzęsieniem ziemi i przed wojną. Pamiętam tyle ile mam na
zdjęciach czarno białych i na slajdach.
Ostatnio podłączyłam całą aparaturę do oglądania slajdów, wyciągnęłam
ekran i zanurzyłam się w przeszłości. Całkiem, całkiem szczęśliwej.
Starość.
Dostrzegam objawy. Patrzę na ręce i skórę. To już nie
świeżość, brzoskwiniowatość, jędrność, gładkość.
No i jak zwykle zmęczenie.
Patrzę na moją mamę. Ma niespożyte siły. Ciągle w ruchu,
ciągle ma zajęcie. A ja
nic. Jakbym mogła to bym przeleżała i przespała. Czuję wszechogarniające
zmęczenie. Do rdzenia kości.
Może to tylko lenistwo. Oby to tylko lenistwo.
Chorowanie nie jest dobre. U mojej koleżanki stwierdzono
przerzuty. Miała raka piersi, teraz usunęli jej 1/3 wątroby. Już drugi rok na
chemii, na naświetlaniach. Moja
koleżanka nie ma HIVa. Jest „zupełnie zdrowa”.
A u mojej koleżanki z HIV nie stwierdzono raka. Hurra!
Pomogły naświetlania. Jaka ona jet schorowana. A raka zwalczyła. Nie wiadomo
co, kiedy i komu pisane.
Objawy paniki czyli w okowach lęku.
Co się dzieje!!! Muszę coś z tym fantem zrobić. Tylko co ?!
Łapie mnie coraz częściej. Łapie, chwyta i nie daje żyć. Kilka razy w tym
miesiącu. Mam wrażenie, że jest irracjonalny chociaż niektórzy uważają, że lęk
wykształcił się na drodze ewolucji i miał pomóc omijać groźne miejsca, unikać
niebezpiecznych sytuacji, wycofywać się z konfrontacji z silniejszymi. Jednak u
mnie przyjął przypuszczam formę wynaturzoną i przestał pełnić pozytywne
funkcje. Napady paniki, uogólniony lęk, fobie. To przede mną. Nie jestem w tym
sama. Podobno 1/3 populacji doświadcza raz na jakiś czas, bez widocznej
przyczyny napadów paniki. Niby panika nie powoduje bezpośredniego zagrożenia
życia, ani nie wzmaga zachowań samobójczych ale strasznie jednak uprzykrza
życie. Mam czekać aż codzienne funkcjonowanie będzie nie do wytrzymania ?!
Czasami jest tak, że nie mogę prowadzić samochodu. Wali mi
serce, duszę się, nie mogę złapać oddechu.
Jak sobie pomyślę, że to pewnie tylko klimakterium to czasami
udaje mi się zapanować nad paniką i wtedy ona odchodzi, a przynajmniej się
kurczy do rozmiarów do wytrzymania.
Objawy paniki nie pozwalają mi zasnąć, budzą mnie w nocy.
Czasami kilka razy. Coraz częściej jestem nie wyspana i wtedy mam jak w banku,
że wszystko co złe ze zdwojoną siłą się mnie czepia.
Wiem, że jestem hipochondryczką. Nie to , żebym zaraz miała
wszystkie choroby o których usłyszę lub przeczytam ale jak mnie coś zaniepokoi
to sprawdzam czy ich nie mam. Teraz jestem na etapie wylewów, zawałów i
otępienia. Dieta ma temu służyć. Mniej
cholesterolu to kilka lat życia więcej. Mniej soli to następne lata w zdrowiu. Zostaje
otyłość brzuszna. Nic nie robię, żeby ją zgubić. Tak jak pisałam aktywność
fizyczna równa zeru. Raz czy dwa razy przejażdżki na rowerze to jedno wielkie
mydlenie sobie oczu. Jestem nieruchawa. Nie umiem się przymusić do sportu.
Nie mieć a być. Chciałabym i mieć i być. I mieć taki
charakter (ek) co by wszędzie czuć się dobrze i bezpiecznie. Niestety ja się
zamartwiam. A to podobno pierwszy objaw starczego umysłu. Brrrr. Nie. Brak perspektyw, samotność, brak zadawalającej
ilości pieniędzy, brak dobrej pracy. Na co nie spojrzę to rzecz do
zamartwiania. Tak naprawdę nie ma znaczenia czy coś mam czy czegoś nie mam.
Zawsze znajdę sobie powód żeby mi było źle.
A tak obiektywnie źle mi nie jest.
Mózg
Mam. Już wiem na 100%. Zrobiłam sobie strukturalny rezonans
magnetyczny. Wgrałam mózg do komputera, wgrałam program do odczytywania i
przeglądania wyników i mogę sobie siebie pooglądać i zobaczyć różne elementy własnego mózgu. Mam hipokamp i zakręty i ciałka i substancje.
Nic mi to nie daje ponieważ nie umiem zinterpretować tego co widzę. Teraz tylko
poszukać szamana – specjalistę i może się czegoś o sobie dowiem. Pierwszą rzeczą, która mną wstrząsnęła kiedy
oglądałam własny, osobisty mózg to znaczne przesunięcie prawej półkuli w
stosunku do lewej. Gdybym nie wiedziała, że to fizjologia to byłby to następny
przyczynek do paniki.
Leki
Byłam po następną porcję leków. Moje życie. Moja chemia.
Moje rano i wieczorem. Zapomniałam w tym miesiącu 6 razy wziąć leków. I to przeważnie
rano. Przeważnie tak się dzieje, gdy jestem „na wyjeździe” z ludźmi z którymi
nie rozmawiam o HIV. Jakoś tak przekładam wyciąganie z saszetki leków i potem
jest już wieczór. Już 14 rok mi idzie z
lekami. Mam nadzieję na jeszcze dwa razy tyle. Powinnam zgłosić się na badania.
Za każdym razem odczuwam lęk przed wynikami. Czy aby na pewno wszystko jest w
porządku. Przybywa
nas. W zeszłym roku wprowadzono zapisy do lekarza. W tym roku o ile dobrze
usłyszałam wprowadzono zapisy na badania. Już nie można z miasta wędrując wejść
i oddać krwi. Teraz też trzeba się zapisać. Z niekompletnych statystyk z tego
2011 roku (dwa warszawskie punkty anonimowego testowania) wynika, że dodatnie
wyniki testów do kwietnia otrzymało w tych punktach już więcej osób niż w całym
roku biegłym.
Gdzie jest profilaktyka i działania profilaktyczne? Gdzie jest wsparcie dla osób już zakażonych?
Państwo coraz jawniej i coraz bardziej z przyzwoleniem
społecznym ma nas „w głębokim poważaniu”.
Nie chcę trudnić się czarnowidztwem . Niestety widzę mój świat i moją
przyszłość w niejasnych kolorach. Co
zrobić żeby na świat spojrzeć przez różowe okulary? I widzieć różowo? Kiedyś każdy dzień
zaczynałam od uśmiechu a właściwie od pięciu minut śmiania się. Teraz zaczynam
od narzekania, że mi się nie chce, że nie mogę, że nie dam rady, że nie chcę
wstać, że znowu ……. . Tak mi przychodzi do głowy, że może przydała by mi się jakaś
profesjonalna pomoc. Albo długi urlop. Albo
miłość. Bądź co bądź jest wiosna i nawet w sceptykach rodzi się wiara, że już
za chwilę będzie lepiej.
Ale
pracowity miesiąc! A i wielo wydatkowy zarazem. Zajrzałam w kalendarz i
właściwie nie mam dnia oddechu. Dobrze i źle. Jak mam dużo zajęć to jestem
bardzo męczona alei bardzo zadowolona.
Jak mam mało zajęć to jestem bardzo, bardzo zmęczona i bardzo, bardzo
niezadowolona. Czas przelatuje mi między palcami, wszystko się ciągnie jak guma
do żucia. Czuję, że zmarnowałam dzień a życia mało i kruche.
Taka otępiała jestem, marudna i niechętna wszystkim i wszystkiemu.
Więc
ponieważ zmęczenie jest bez względu na ilość zajęć to wolę być zmęczona ale
nadmiarem pracy. Z tego są przynajmniej
zyski finansowe.
XXX
Rozszalałam
się wydatkowo w tym miesiącu. Dokupiłam szafkę do kuchni i super materac do
spania. Niestety na wszystko czekam. Mijają już trzy tygodnie a zakupów ani
widu ani słychu. Błąd popełniłam wielki, cierpliwość ćwiczę, przez sklep Internetowy
dostałabym po trzech , czterech dniach z dostawą do domu i z wniesieniem. Coś
mnie podkusiło, żeby kupować w sklepie. I mam, czyli nie mam. Materac już po
nocach mi się śni. Jak upłynie termin to postanowiłam zrezygnować z
zakupu. Tym bardziej, że za transport
dopłacam 70 zł. Nauczkę mam. Po to wprowadzono Internet, żeby z niego
korzystać. A nie osobiście drałować do sklepu, użerać się ze sprzedawcami, i czekać,
czekać, czekać.
XXX
Rozwijam się
zawodowo. I dopiero teraz mogę powiedzieć, że odnalazłam się w pracy. Widzę jej
celowość i sensowność. Praca sprawia mi radość, nie jestem znudzona historiami,
które do tej pory wydawały mi się takie same, ludzie stają się ciekawi,
odnajdywanie drogi staje się wyzwaniem. A już myślałam, że nigdy nie wróci zainteresowanie
pracą i że zeżre mnie wypalenie zawodowe. Zastanawiałam się od kiedy u mnie
taki zwrot nastąpił i mam wrażenie, że to odnalezienie się nie wynika tylko z
następnych podjętych studiów i psychoterapii ale z „wolności umysłowej”.
Od chwili
kiedy nie mamy pieniędzy na prowadzenie Stowarzyszenia i wielce prawdopodobne,
że się zamkniemy - ja odżyłam. I nagle
się okazało, że nie siedzę po nocach pisząc projekty, nie siedzę po nocach
pisząc sprawozdania, raporty i zestawienia, nie martwię się o wynagrodzenia dla
pracowników, nie martwię się czy na zajęciach będzie wystarczająca ilość osób,
żeby można je było zakwalifikować jako wykład – na co są pieniądze, a nie jako
pogadankę – na co nie mamy pieniędzy, nie przygotowuję nocami dokumentacji dla
„darczyńców”, nie przygotowuję się do kontroli programowej, merytorycznej,
finansowej, nie chodzę na spotkania ważne dla Stowarzyszenia, spotkania które
przeważnie, zazwyczaj odbywały się w czasie moich godzinach pracy, nie szukam
10% wkładu własnego umożliwiającego realizację zadania, nie liczę, nie
przeliczam, nie mam ściśniętego mózgu – oddycham. Może nie pełną piersią może
dopiero jednym płucem i nie dość świeżym powietrzem ale już czuję, że inaczej
krąży krew w moich żyłach i tętnicach. Nagle odnalazłam miejsce na gotowanie,
pichcenie, czytanie książek, przygotowywanie się do pracy. Może znajdę też czas
na sport? Rekreację? Gimnastykę?
Stawy
odmawiają mi posłuszeństwa. Rano czuję każdą kosteczkę szkieletu. Ból przy
schylaniu, prostowaniu, siadaniu. Muszę znaleźć czas na fizyczność, bo będzie
krucho i na stare lata czeka mnie wózek. A kto mnie będzie pchał? Nikt.
Poczyniłam
już pewne postępy zdrowotne. Jem mniej. Nie wiem jak można przyzwyczaić się do
jedzenia niskokalorycznego. Na razie przez okrągłą dobę odczuwam głód.
Codziennie wieczorem zliczam zjedzone kalorie. Nie mogę przekroczyć 1200. Może
się przestawię na zdrowe żywienie. Bez soli, bez tłuszczów nasyconych i
węglowodanów prostych. Pięć tygodni wytrzymałam bez słodyczy!!! Ale z coraz
większą tęsknota patrzę na ciastko z kremem budyniowym i niestety zaczęłam
troszkę słodzić kawę. Warzywa, kasze, ziemniaki, razowy chleb, płatki i otręby,
nabiał niskotłuszczowy, kurczaki, indyki, ryby wszystko jak najmniej
przetworzone. Ile ta zabawa czasu zajmuje. Już nie mogę rano wstać i wyjść i
już bo musze przygotować jedzenie tak, żeby być jak najmniej głodną w ciągu
dnia. Wieczorem też przygotowuję sobie ciepły posiłek dbając o odpowiednie
ilości różnych składników na dobry nastrój. Ostatnio przygotowałam sobie suflet z łososia.
Pyszności. Teraz szukam równie zdrowych i smacznych przepisów na dalsze
powiedzmy sześćdziesiąt dni. Efekty już są. Mam mniej o sześć kilogramów.
Gdybym dołączyła do tego ćwiczenia fizyczne zlikwidowałabym wszelkie
lipodystrofie.
A ponieważ
nie na wszystko są leki lub diety to zakupiłam w celu wypełnienia pośladków
pantalony push up. I od razu wszystkie spodnie dobrze na moich pośladkach leżą.
Xxx
Zdałam
egzamin na studiach. Semestralny.
Dodatkowo
zapisałam się na kurs opieki nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi. Dużo
wiedzy o procesach fizjologicznych. Nie jestem wyjątkowa i tak jak większość
boję się otępienia w wyniku, w przebiegu zakażenia HIV. Tym bardziej, że od
czasu interferonu obserwuję u siebie spadek koncentracji, uważności i innych
procesów poznawczych. Mam już adres i namiar na profesor od otępienia i
zamierzam się zapisać na neurodiagnozę. Ale żeby móc się zapisać to musze mieć skierowanie
od lekarza. I tu zaczynają się schody.
W poradni
profilaktyczno leczniczej jest lekarz neurolog ale …… . Zapisałam się, poszłam
i już wiem. Wiem, że objawy, które mam to wynik procesów starczych. Moja
koleżanka natomiast już wie, że objawy, które ma to choroba podstawowa (dla nie
znających i nie wiedzących choroba podstawowa to HIV). I już. Nie ma mowy o konsultacji u innego
specjalisty. Starym zwyczajem postukano mnie w kolanko, podrapana mnie w stopki
i palcem trafiłam do nosa.
Rozumiem, że
jeżeli mam HIV i się starzeję to pani doktor nie widzi już dla mnie żadnej
szansy na poprawienie sprawności i niech tępieję. Taka moja karma. Niech mam
błyski przed oczami, niech gubię w pisowni pierwsze litery, niech zamieniam
litery w słowach (wychodzą same bzdury), niech się gubię w kierunkach świata,
niech brakuje mi znanych słów. Nie mówię o niedostrzeganiu przedmiotów
znajdujących się w zasięgu wzroku, niezapamiętywaniu więcej niż trzech słów z
ciągu słów, otwieraniu lodówki zamiast mikrofali i szukaniu kluczy do
mieszkania chociaż trzymam je w ręku. Nic się na to nie da zrobić bo HIV i
starość.
Chodzę sobie
w ramach wolnego czasu na konferencje naukowe dotyczące starości, chorób
przewlekłych. Zdobywam jakąś wiedzę. Dopytuję się wykładowców o interesujące
mnie rzeczy. I trochę dziwię się takiemu
podejściu. Może to i nie Alzheimer, może to i nie przewlekły stres, ale rozumiem, że diagnoza jest nie tylko
potrzebna do „odkrycia” choroby ale też do poradzenia co dalej można zrobić. Coraz
bardziej przeszkadzają mi moje mini zaburzenia i chyba jestem wkurzona płytkim
i nieprofesjonalnym podejściem ze strony „naszych wielospecjalistów z poradni”.
Oczywiście poradzę sobie inaczej. Pójdę do przychodni dla ludzi ‘zwykłych” i
myślę, że jak nie od razu to po jakimś czasie załatwię skierowanie do Poradni Zaburzeń
Pamięci i mam nadzieje, że nie potraktują mnie jak hipochondryczki, wariatki,
histeryczki tylko przebadają na lewo i na prawo. Jeżeli to się okaże HIV to
trudno, jeżeli starość to drugie trudno ale może można coś na głowę poradzić.
Zaordynować jakąś terapie behawioralną, poobserwować. Bo na dziś po kontakcie z
naszą poradnią nie wiem czy to się będzie cofać czy rozwijać i jak mam dalej
postępować. Czy więcej spać czy więcej jeść, czy rozwiązywać krzyżówki, czy
upijać się do nieprzytomności.
XXX
Moja
koleżanka również z HIV musiała pójść na wycinki szyjki macicy i macicy.
Chociaż regularnie chodziła do lekarza ginekologa do naszej poradni nie
dostrzeżono u niej żadnych niepożądanych zmian. Z cytologii –„ wszystko w
porządku” do cytologii po pół roku „o rany może być za późno”. Jak to się mogła
stać? Gdybym wiedziała do jakiego ginekologa chodzi to skierowałabym ją do
właściwego. Ale nie wiedziałam. A ona w naiwności swojej myślałą, że jak
specjalista to wie co robić i jak robić. Czuję się współwinna i czekam z
napięciem na wyniki z wycinków.
Dlaczego
mamy tak kiepskich specjalistów? Nie wiem. Polecam chirurga, psychiatrę, panią
ginekolog (pod warunkiem, że nie słuchamy jej światopoglądu), zakaźników i
internistów. Jestem ciekawa jaką inni mają opinię.
XXX
Nagle,
niespodziewanie zmarł mój kolega. Zostawił kochającą żonę i sześcioletnią
córkę. Obustronne zapalenie płuc z posocznicą. W sobotę położył się do szpitala
w niedzielę już nie żył. Moja koleżanka mówi, że to z naszej półki, półki stażu
życia z HIV czyli ponad 20-to letni. Kiedyś bardzo się przyjaźniliśmy. Łączyły
nas „wspólne dzieci” czyli programy dla par mieszanych i bezpieczne ciąże. I
wygląd. Na każdej imprezie pytano czy my brat i siostra bo tacy podobni czyli
lipodystoficzni.
Dbajmy o
siebie. Zróbmy wszystko żeby nie dokładać organizmowi dodatkowych chorób.
Jedzmy banany i śmiejmy się rano. To nie gwarantuje długiego żytcia ale zawsze
będzie pogodniej i radośniej.
Już
dawno, dawno po Nowym Roku. Wrócę jednak
troszkę do stycznia.
Bałam
się Sylwestra a on nadspodziewanie dobrze wypadł. Plany były inne. Wszystko się
zmieniło oprócz miejscowości. Jakoś bardzo mi zależy na spędzeniu Sylwestra nie
w samotności. Tak jakby był to jakiś wyjątkowy dzień. Ale przyzwyczajenie to
druga natura. DO tej pory od 15 lat jeździliśmy wspólnie do Małęgo Cichego. W
tym roku towarzystwo się ze sobą skłóciło, porozstawało i Sylwestra miałam nieobstawionego. Wiem z doświadczenia, że
spędzanie jakichkolwiek dni wolnych w mieście jest równoznaczne z brakiem
odpoczynku. Jestem uzależniona od przyrody. I zielonej latem i i białej zimą.
Mus wyjeżdżania.
A
tu do 31 grudnia nie wiedziałam jeszcze czy wyjadę z Warszawy. Najpierw
odwołała wyjazd Agata. Na dwa dni przed Sylwestrem odwołała wyjazd Marta z
Kubą. A Aneta nie dawała znaku życia.
Marek pił. Ewelina się rozłożyła na różne choroby końca roku.
Dopiero
rankiem zebrała się trzyosobowa żeńska ekipa gotowa do wspólnego
sylwestrowania.
Coraz
trudniej zebrać się w kupie. Z wiekiem zauważam więcej animozji w nas i
zaciętości.
Dojechałyśmy
więc na samego Sylwestra.
Chałupę
znalazłyśmy z koleżanką w Internecie. Na skraju wsi, pod samą Sokolicą. Pokoje zamówione były dwa.
Ale wylądowałyśmy w jednym. Błąd.
Coraz
mniej towarzyska jestem i troszkę się
obawiałam bycia przez bitych sześć dni razem pod jednym dachem i w jednych czterech
ścianach. Każda z nas ma zupełnie inny „charakterek”, inne przyzwyczajenia i
każda jest „singielką” po przejściach. Niby się przyjaźniłyśmy ale …. .
Kiedyś
dawno temu obiecałyśmy sobie wejście na „Trzy Korony”. Miało być to za dziesięć
lat od tamtego dzisiaj. Ale żadna z nas nie pamiętała kiedy było to „dzisiaj” i
kiedy w związku z tym upływa dziesięć lat. Postanowiłam, że nie ma co czekać.
Trzeba się zebrać do kupy i wejść już, natychmiast bo obietnice należy spełniać. A jak jeszcze trochę
poczekamy to i stan zdrowia każdej z nas może przeszkodzie w
wspinaczce nisko górskiej. Każda z nas
ma wirusa ho ho ho i jeszcze dłużej a
oprócz wirusa dochodzą jeszcze różne dziwne przypadłości. Kłopoty z
kręgosłupem, przewlekłe obturacyjne choroby płuc, astma, zatoki, naderwane
łąkotki, otyłość, i najgorsze to rozwijające sie wygodnictwo połączone z
lenistwem i niechęcią do jakiegokolwiek wysiłku.
Przez
sześć dni naszego pobytu w Pieninach było piękne słońce i dużo śniegu. Pierwszego
dnia weszłyśmy na Trzy Korony. Wiało przeogromnie. Przewiewało na przełęczach do szpiku kości. Ale
byłyśmy zaopatrzone w termosy z gorącą
herbatą, kanapki i pyszne przekąski. Co troszeczkę był postój, a to na jedzenie,
a to na picie, a to na podziwianie widoków. Weszłyśmy i jak się okazało dobrze,
że bez wielkiego planowania. Tak trochę z marszu. Bo gdyby celem wycieczki było
wejście na Trzy Korony to w głowach pojawił by się obraz niedostępnej, szklanej
góry nie do pokonania. A tak kilka godzin spacerku i stałyśmy na szczycie.
Widoki na całe Tatry, na Zalew Czorsztyński, na Gorce, na Pieniny. Znowu
poczułam zapach gór . I przez moment byłam bardzo, bardzo szczęśliwa.
Weszłyśmy.
Plan
spełniony. Należałoby pomyśleć o następnym wspólnym coś robieniu za kilka lat.
Ale żadna na pomysł taki nie wpadła. Myślę, że nasz wspólny czas się powoli
kończy. Nie życia tylko bycia ze sobą. Za daleko jesteśmy od siebie i coraz
mniej nas łączy. Bo HIV nigdy nie łączy prawdziwie. Jest przypadłością,
schorzeniem ale nie przyjaźnią. Rozjeżdżamy się w planach, marzeniach,
działaniach. Nie ma w naszym życiu miejsca dla pozostałych nas. Nie rozpaczam. Do
tej pory było nam ze sobą dobrze. A teraz już mniej. Obietnica sprzed lat
wykonana można się rozejść.
Byłyśmy
jeszcze na Wysokiej i w wąwozie Homole i na …….. (tam gdzie wyciąg wjeżdża w
Szawnicy). . Jeden dzień spędziłyśmy na nartach w Kluszkowcach. Zjazd czerwoną
fisowską trasą pozostanie na długo w mojej pamięci.
A
na moje urodziny zafundowałyśmy sobie basen w gorących termalnych źródłach. Nie
polecam. Ludzi mnóstwo. Miejsca mało. Ciała ocierające się o siebie. Dwa baseny
z miejscami do masażu wodnego. Na jedno miejsce kilkanaście osób w kolejce. Nic
przyjemnego. I potworne ceny.
W międzyczasie
dojechał do nas kolega. Jest w bardzo kiepskiej formie. I nie o HIV tu chodzi a
o uzależnienie o nie ten sam facet co lat temu dziesięć. Coraz mniej pozostaje
z sympatycznego, radosnego, otwartego, ciekawego świata człowieka. Patrzę na
niego i widzę czego nie chcę. Ja wyszłam jakoś z uzależnień. Miałam ich trochę.
Co rusz przypominają mi o sobie w różnych sytuacjach. Bardzo łatwo wpadam w
kompulsywność. Musze uważać. Wiem jak trudno zamienić środki stymulujące na
zwykłe życie. Wiem, że nie zawsze jedt łatwo. Ale wiem, że nigdy, przenigdy nie
zamieniłabym lat trzeźwości na jeden kieliszek szampana. Zycia zwykłego na
fajerwerki doznań chemicznych. Lubię doświadczać w pełni świadomie życia.
Wołałabym żeby byo mniej bolesne. Ale jest moje, jedyne, kruche, ulotne,
krótkie. Dużo już straciłam, wiele już za mną. Ale przede mną też jest coś
pięknego. Postaram się spędzić te moje życie bez nałogów.
Do
bardzo, bardzo przyjemnych spotkań Sylwestrowo
Noworocznych było spotkanie z moją przyjaciółką, która od lat mieszka w Szwecji.
Rokrocznie przyjeżdża do Zakopanego na Sylwestra. Tym razem. ze swoim partnerem.
Widujemy
się raz do roku. Bardzo, bardzo rzadko. Czasami ja jeżdżę do niej, czasami ona
wpada do Polski. Jest kochana, ciepła, serdeczna, życzliwa. I należy jej się
cała dobroć świata.
Poszliśmy
na Rusinową Polanę i na Wiktorówki. Na
Wiktorówkach przy kościółki jest tablica pamiątkowa mojego przyjaciela.
Dobrze było tak pójść z serdeczną przyjaciółką do przyjaciela i powspominać. Coś
tam wspólnie razem zrobiliśmy, w różnych górach razem byliśmy.
Bardzo
za nim tęsknie i bardzo mi go brakuje. Był jedyną osobą w moim życiu, która
wierzyła we mnie i mówiła mi o tym. Przy nim naprawdę czułam się mądra i
wyjątkowa. I chyba odpłacałam się tym samym.
XXX
Znowuż
mnie depresja dopada. Gdybym nie musiała wstawać z łóżka to bym nie wstała. A
wstaję tylko dlatego, że wiem, że za kilka godzin się położę.
Spróbuję
jakoś temu zaradzić.
Dostałam
bardzo odmowny list dotyczący mojego zatrudnienia. Za namową koleżanki
pracującej w Pewnej Koleżeńskiej Działalności wysłałam moje zgłoszenie, moją chęć podjęcia pracy,
przystąpienia do zespołu. Moja koleżanka poinformowała mnie, że w tej
instytucji brakuje ludzi do obsadzenia dyżurów i szukają chętnych z certyfikatem. No, szukają ale nie mnie. Nie każdy musi chcieć ze mną
pracować. Jasne. To boli jak się okazuj , że nie pasujesz do zespołu. Ale jakoś
doświadczenie moje mówi mi, że to chodzi o to że papiery kompetencyjne robiłam
w konkurencyjnej instytucji a po wtóre i najważniejsze, że jestem zakażona. Bardzo często spotykam się z
profesjonalistami, którzy uważają, że HIV to demencja, że HIV to gorszość.
Błędem kiedyś było mówienie o sobie i o
swoim zakażeniu. Już tego nie odwrócę.
Ale mogę przestrzegać innych, żeby tego błędu
unikali. Bo może się tak zdarzyć, że ich wiedza pójdzie w kąt. Zostanie
HIV. Tylko HIV.
Depresja
ciąg dalszy.
Obkuwam
się w serotoninach. Będę jeść produkty które zawierają tryptofan z którego
powstaje serotonina dzięki której świat jest piękniejszy. Podobno banany
zawierają to co najważniejsze.
A
oprócz tego przymierzam się po raz kolejny do tabletek. Przymierzam się. Cierpię
na wszystkie rzadko występujące skutki uboczne leków silniejszych niż witamina
C.
Odchudzam
się.
A
właściwie zaczynam dbać o siebie.
Dość
i koniec. Koniec narzekania i mędzenia. Koniec z za małymi spodniami i
niedopinającymi się bluzkami.
Przygotowywałam
się do diety jak do rzucenia palenia. Długo. Ale mam nadzieję, że jestem tak
zmotywowana, że nic mi już nie stanie na przeszkodzie.
A
kropką nad i był mój ulubiony torcik wedlowski.
Zjadłam
prawie cały torcik. Wpisałam w google „torcik wedlowski kalorie” i oniemiałam.
Co tu dużo ukrywać. Obżeram się słodyczami. Bez opamiętania. Zżeram dziennie
najmarniej 3000 kcal. A 4000 kcal nadmiernego jedzenia to ½ kg tłuszczu więcej.
U mnie wystarczy tydzień żebym przytyła o kilogram. Co ja się więc dziwię,
że tyję.
Na
leki zwalam, na menopauzę i na depresje. Koniec z tym. Koniec z pustymi
kaloriami.
Mija
siedem dni od decyzji. Każdego dnia liczę kalorie.
Wyczytałam,
że żeby schudną powinnam pomniejszyć ilość kalorii zjadanych o 500 do 1000 kcal
ale łączna suma zjadanych kalorii nie może
być mniejsza niż 1000.
Moja
kuzynka zamówiła sobie dietę 1000 kcal i dowożą jej każdego dnia poporcjowane jedzenie. 47 zł dziennie. Drogo
Zakładam
zeszycik żarcia. Prowadzę już dwa zeszyciki w tym roku. Wydatki i jedzenie. Dołączę
niebawem trzeci. Wydatki energetyczne. Co prawda przy leżeniu i spaniu też się
traci kalorie ale bardziej chodzi o ruch, sport. Wydaję i jem za dużo ale za
to nie ruszam się wcale.
Zapisuję
sobie w dzienniczkach, w tabelkach. Liczę i rachuję. Obcinam wydatki, obcinam
kalorie.
Tym
razem wytnę w pień ducha. Tym razem kultura pójdzie w kąt. Ani ciut gazety, ani
kawałka książki, ani kadru kina nie mówią już o sztuce bardziej wyrafinowanej.
Dopóki nie obniżę sobie cholesterolu odwracam się od czytania i siedzenia.
Każdą wolną chwilę spędzę na powietrzu. Przynajmniej chodząc.
Zaczynam
też gotować obiady i kolacje. I robię
kanapki do pracy.
xxx
Po
10 dniach waga pokazuje o 3 kilogramy mniej. Mam nadzieję, że dołączę do tego jakiś wydatek
energetyczny. Wtedy będę mogła zjeść jakieś ciasteczko. Uwielbiam słodycze.
Chcę napoleonkę.
Wycieczka
Ciągle
mówią w telewizji o zamarzniętym morzu.
Chcę to zobaczyć. Weekend spędzę nad morzem.
Nocuje
u mnie Wilk Morski. Znajomimy się od lat. Razem pływaliśmy po morzach,
jeziorach, rzekach. Nie zgadzam się z jego poglądami na wiele, wiele spraw.
Zawsze więc dochodzi między nami do ostrych sprzeczek. I tak jest od lat.
Rano
wyruszmy z koleżanką do Krynicy Morskiej.
Trasa
do Gdańska w budowie. Kiedyś będzie piękna. Teraz buldożery, błoto,
przewężenia. Ograniczenia. Cały samochód w błocie. Szyby w błocie. Jazda przez
mękę
A
może zamarznięte. Po horyzont. Słońce. Przemierzamy plaże w poszukiwaniu
widoków.
Mróz
nas w końcu pokonuje. Idziemy szukać noclegu. A to wcale nie łatwe. Pensjonaty
puste i ciemne.
Rano
również plażujemy. Idziemy morzem w stronę Piasków a potem drogą z powrotem .
W
drodze powrotnej wpadamy do Malborka na
kawę.
Kiedyś
pojechałam nad morze po informacji, że Bałtyk jest ciepły a w ręcz gorący. I
faktycznie był ciepły. Jakoś tak mnie pcha do zobaczenia, dotknięcia,
uczestniczenia. Znaczy depresja mija. Znowu mi się chce.
Xxx
Byłam
u optometrysty. Zrobiłam okulary. Ale po wysłuchaniu moich objawów bardzo
sympatyczny Pan powiedział, żeby poszła
do neurologa. Po chwili dodał „dobrego neurologa”.
No
i mam zagwostkę. Gdzie ja takiego znajdę. I to na NFZ. U nas w przychodni na
Wolskiej jest neurolog. I na tym zakończę.
Praca
Mam
pracę. Mam zabezpieczenie przynajmniej przez ten rok. Ale to jest miłe uczucie.
Nie muszę nic robić tylko pracować. Nie muszę się martwić, starać, zbiegać.
Spoko i luzik. Troszkę mniej wolnego przez to. Ale spokój. Sen. Nie ślęczę nad
komputerem po nocach. Szukając, sprawozdając.
Dostałam
wiadomość, że proszą mnie o sprawozdanie bardziej szczegółowe z działań za rok
2010. Poczułam ucisk w żołądku. Już nie
chcę tego.
Czego
nie zrobię teraz.
Nie
pojadę w góry Hiszpanii. A taką mam ochotę. Ale termin nie ten. Akurat mam dużo
zaplanowanych zajęć i nie dam rady ich przełożyć bo nie ode mnie terminy
zależą. Jedzie moja przyjaciółka z koleżankami i potrzebowały by kierowczynię
do auta. A ja tak dawno nie chodziłam a taką mam ochotę. Ale może następny
termin będzie dla mnie dogodniejszy.
Chociaż
do Nepalu też nie pojadę i Himalaje mi koło nosa przechodzą. Tym razem to dla
mnie w tym roku za daleko. I nijak
inaczej nie można się tam dostać jak samolotem. A samolotów nie lubię.
Nie
dam rady polecieć do Szwecji w kwietniu. Chociaż tak wstępnie umawiałam się z
moją przyjaciółką. Ona potem chciała razem ze mną przylecieć do Polski. W tym
roku Janeczka kończy 90 lat. Bardzo chcę z nią być. Może uda mi się to we
wrześniu.
Teraz
odkładam pieniądze na łóżko. Bo chcę mieć dobre i wygodne łóżko z prawdziwego
zdarzenia. Nie składaną wersalkę, Tylko szerokie, miękkie, ciepłe i niezasłane
łóżko. Leżałam na kilkudziesięciu materacach. Mnie więcej wiem co chcę. Ale to
kosztuje.
Nie
pojadę do Gruzji. Wstępnie planowałyśmy wyprawę w czerwcu. Zabrakło
organizatorki. Ja odpadłam. Do przygotowań się nie nadaję. Pojechać bym
pojechała. Ale na gotowe. Bez myślenia, przygotowywania i zastanawiania się.
Nie
popłynę z Martyniki przez Azory do Barcelony. Chociaż taka propozycja może się
zdarzyć tylko raz w życiu. Gdyby to był inny termin……. Dwa miesiące na oceanie.
Ale maj i czerwiec nie są dobrymi miesiącami do wyjazdu. Kończę studia. Mam
jeszcze kilka spotkań z terapii systemowej. Przyjeżdża Janeczka. Czekam na
odpowiedz z kursu dla opiekunów osób starszych i niepełnosprawnych. Jeżeli mnie
przyjmą to zajęcia będą właśnie w maju. Ale najważniejsze to rozpoczyna się działka. Ogródek. Ziemia. I
pierwszy sezon pomostu nad jeziorem.
Było to jedno z moich postanowień na
Sylwestra. Mieć pomost. Opalać się na nim. Odpoczywać. Czytać książki, pić
herbatę, gościć znajomych. Pozostało zamontować jeszcze drabinkę. Ale to
już jak lód stopnieje.
Więc
nie mogę płynąć w podróż przez Atlantyk. Chociaż nęci mnie ta propozycja i
kusi. Może w przyszłym roku?
Jadę
do pracy do Torunia. I jest mi dobrze. Otworzyłam laptop. Piszę, czytam. Malo myślę.
Zima w pełnej krasie. Spadł śnieg i od razu minęło
mi przygnębienie jesienne. A było ono, że aż strach. Po raz pierwszy od lat
brakowało mi słońca. Każdą komórką tęskniłam do światła. Światła! Słońca!
Każdego dnia coraz bardziej zapadałam się w przygnębieniu, abnegacji,
rozmemłaniu. Jak mi co spadło na podłogę to tak zostawiałam, kubków w zlewie z
dnia na dzień przybywało i znowu przyszło tycie i znowu nikt mnie nie kochał i
znowu byłam nikomu niepotrzebna. Każdy początek dnia był nie do zapoczątkowania.
Leżeć chciałam i nic więcej i żeby wszyscy mi dali święty spokój. I gdy
zaczęłam wstawać z łóżko tylko dlatego że w perspektywie miałam położenie się
ponowne to postanowiłam z tym skończyć. Definitywnie. Żeby nie przedobrzyć w
dbaniu o siebie raz w tygodniu zaordynowałam sobie basen i raz w tygodniu
ubierałam się w dres i „wybiegałam” do parku. Ale przełożyłam wszystko co dało
radę z godziny do dwunastej na po dwunastej. I postanowiłam skorzystać z chemii
antydepresyjnej. Czuję, że życie mi przez
palce ucieka. A ja leżę. Gnuśnieję. Zapadam się w sobie. Ciało coś tam nawet robiło.
Wstaje, ubiera się, chodzi do pracy, spotyka się z ludźmi, wywiązuje się z
obowiązków ale dusza obolała i tępa i bez życia.
Z tabletami (oprócz antyretrowirusów) mam pod górkę.
Nigdy nie wiem co mnie z ich strony spotka. Jaki dziwny efekt uboczny mnie
dopadnie. Tym razem też!!! Chyba znoszę tylko ARV. Telepało mnie po tabletach.
Ale jak! Po maratonie Korzeniowski pewnie miał niższe tętno niż ja na leżąco! A
ponieważ w między czasie i na obniżenie cholesterolu zaczęłam przyjmować
tabletki to odstawiłam i jedne i drugie. Swoją drogą co jest ze mną, że taka
nietabletkowa jestem. Co sobie chcę
pomóc to sobie szkodzę. Nie dość, że tachykardia polekowa, nie dość, że wróciły
lęki i duszności to jeszcze doszła opuchlizna. Obudziłam się pewnego dnia i …… (nawet
nie zwróciłabym uwagi, bo rano zaspana jestem i mało spostrzegawcza, ale
godzinę chciałam sprawdzić i zdziwiłam się bardzo, że nie mogę chwycić w rękę
zegarka) mnie trochę bardzo przeraziło, prawą
stronę miałam opuchniętą. Wyglądałam jak ciasto na kluchy. Palce parówki, noga
słoniowa. Dziwnie asymetria.
I jeszcze
na dodatek zrobił mi się tkliwy żołądek.
Wiem, że go mam. Nie pozwala zapomniec o sobie. Mówi do mnie – oszczędzaj mnie, zadbaj o mnie, nie ładuj takich ilości.
Myślę, że powinnam przejść na gotowane jedzenie. Powinnam dać odpocząć od
trawienia.
Ale ja lubię jeść i to jeść niezdrowe jedzenie! Dzisiaj
na przykład na śniadanie zjadłam dwa piękne, duże pączki, na obiad makaron z
serem a na kolację idę do znajomych. Jak
pogodzić zdrowe i smaczne.
Ale nie ma co się wygłupiać, ponieważ leki mi nie
służą przymierzam się do zmiany diety. Powinnam obniżyć cholesterol i już. Nie
dość, że kręgosłup nosi coraz większe ciężary to naczynia krwionośne mi się
zwężają a to może grozić wszystkim. Nie chce mieć udarów, wylewów, zawałów,
cukrzycy, osteoporozy itd. Profilaktyką wszystkiego jest 30 minut dziennie
gimnastyki. Dlaczego mi się nie chce?
Dieta. Rekreacja. I śmiech. Oto obietnice 1
grudniowe. Cały grudzień będę żyła zdrowo i z uśmiechem. Aby temu sprostać zamówiłam
sobie lampę antydepresyjną. Świeci luksferami i odgania złe. Jak nie pomoże mi
to będę oświetlała kwiaty. Jakiś pożytek z tego będzie. Zamówiłam dziesięć dni
temu i czekam. Podobno zima zaskoczyła drogowców i duże dostawcze samochody nie
są wpuszczane do dużych miast. Czekam cierpliwie.
xxx
Napisałam
list do Świętego Mikołaja. Chcę słuchawki bezprzewodowe do skype.
Dostałam
już wspaniały prezent! Przedzwonił pan z PFRONU. Dofinansują moje studia! Będę
miała pieniądze na pomost. Na Sylwestra. Na nowe łóżko.
1
grudnia i 25 - lecia HIV w Polsce.
Już po uroczystościach. Było miło. Krótko i
treściwie. Jak zwykle życie z sal konferencyjnych przeniosło się w kuluary. Niektórych
osób nie widziałam, ho ho – 10, 15 lat. Mam wrażenie, że HIV odmłodniał. I
zmądrzał. Ale niestety się odspołecznił. Kiedyś, dawno temu było mnóstwo
zapału, spontaniczności, bezinteresowności. Teraz to wielki biznes, kalkulacja,
koszty, zyski. Jeszcze jesteśmy sobie „bliscy”, pomagający, życzliwi bo
połączyła nas wspólna walka o idee, sprawę, prawa, dostęp do służby zdrowia a
czasami walka z niesprawiedliwością z dyskryminacją, z urzędnikami, z
nienawiścią. To były szczytne cele, początki kolonizacji, garstka zapaleńców
zjednoczonych wspólna ideą. Ale też uczyliśmy się HIVa razem. Doświadczaliśmy
razem. Wszystko było nowe. Nieznane. Straszne bo HIV był bez przyszłości. Na
HIV ludzie umierali.
Na szczęście ten czas w Polsce minął. Oby na zawsze.
Teraz odchodzimy od siebie bo już nas
HIV nie łączy.
Weterani, kombatanci HIVa w Polsce. Coraz ich mniej.
Trochę jak dinozaury. Przychodzą nowe pokolenia. I wchodzą na zupełnie inny
grunt. Już nie muszą walczyć. Mogą sobie spokojnie być. Wszystko jest już
uładzone, wypracowane, wypielęgnowane. NFZ czuwa. Jeszcze HIV różni się od
cukrzycy. Jeszcze w HIVie ludzie znają się, witają z radością (jak nie w sercu
to przynajmniej na twarzy). Przedstawiciele firm, ministerstwa, medycyny, osoby
żyjące z HIV to nie jedna wielka rodzina ale to kiedyś dobrzy znajomi. Powoli
wkrada się hierarchia ważności, zależności
i przydatności. Firma produkuje leki, ministerstwo je kupuje, lekarz wydaje
tabletki, pacjent je bierze. Nie ma płaszczyzny do rozmawiania. Nie ma już nieodkrytego.
A jeżeli jest coś do odkrycia to wiedza staje się dostępna tylko dla magów -
lekarzy. Tak jak strony internetowe. Są strony tylko dla lekarzy do której
zwykły śmiertelnik nie ma dostępu. Więc już i dla firm nie jesteśmy atrakcyjni.
Już nie zawalczymy o leki bo one już są. Nie mamy wpływu bo nie mamy wpływu. O czasy, o
obyczaje.
Widać to było nawet na korytarzu. Zawsze firmy
farmaceutyczne miały dobrze zaopatrzone swoje stoiska. Tym razem malutko,
niewiele, prawie nic. Za to organizacje pozarządowe prezentują się coraz
okazalej. I coraz smaczniej. Żeby przyciągnąć zainteresowanie prześcigają się w
smakołykach domowej roboty. Ciasteczka, pierniczki, chleb ze smalcem, suszone
jabłka.
Kobiety
Spotkałyśmy się ostatni raz w tym roku. Może uda się
zorganizować pieniądze na rok przyszły. Były jak zwykle wykłady i zajęcia
psychologiczne, ale co cieszyło się największym wzięciem? Siedzenie przy
wspólnym stole, darcie pierza, ploteczki i babskie gadanie. Nasze babki były
mądre. Teraz my nie mamy czasu ale jeżeli raz na jakiś czas zdarza się, że
można coś wspólnie to to jest prawdziwe
wparcie. Ile tematów obgadałyśmy, ile trudnych spraw obśmiałyśmy, ile telefonów
wymieniłyśmy między sobą, ile opowieści usłyszałyśmy o sobie. Do drugiej w
nocy. Wspominając, marząc i śmiejąc się. I garb polekowy łatwiej przyjąć i
pobyt w szpitalu i rozstanie.
W ramach odpoczynku pływałyśmy w basenie. Masaże
wodne. Jakuzi. Sauna. I rozmowy, rozmowy, rozmowy. Coraz bardziej dorastam do towarzystwa
kobiet. Tkwi w nas mądrość i serdeczność i czułość i tkliwość i przyjaźń.
Jak dobrze być kobietą.
Jak to dobrze, że robimy spotkania dla kobiet. Dzięki
nim tym razem w porę dowiozłyśmy koleżankę do szpitala. Mieszka daleko poza
Warszawą. Sama. Źle się czuła ale bardzo chciała być z nami wszystkimi. Chodziła
na wszystkie zajęcia. Z minuty na minutę słabła. W niedzielę, już w szpitalu, okazało
się, że ma zapalenie płuc i był to ostatni dzwonek żeby zadziałać.
Gwiazdka
Się zbliża a po niej Sylwester. Chcę, żeby wszystko
było pogodnie i miło. Jadę do domu. Chyba. Jeszcze nie zdecydowałyśmy gdzie
spędzimy te święta. Ale jeżeli jednak w domu to już się cieszę na pichcenie
pysznych potraw. Uwielbiam groch z kapusta, barszcz grzybowy z uszkami,
kulebiak, karp smażony, makowniki, choinkę. Zabiorę się do kupowania prezentów.
Albo do rękodzieła. Nauczyłam się robienia bombek, korali, etui, breloczków. Trudniej
zrobić łatwiej kupić. Może jednak kupię.
Przed właściwą wigilią będą wigilie inne, firmowe.
Pozwolę sobie na mały wigilijny anons.
Choinka, opłatek i wyżerka - 15 grudnia w środę od
godziny 17:00 Stowarzyszenie Bądź z nami, Tamka 37 m.56, Serdecznie jesteście
zaproszeni.
I święto
związane z AIDS już jest za nami. Nawet było miło. Udało się zaprosić dużo
ludzi z przeszłości. Cała impreza miała wyglądać inaczej. Spotykaliśmy się
nawet w tej sprawie. Uzgadnialiśmy co, kto, komu i dlaczego. Ale okazało się, że jak zwykle czynnik
społeczny jest po to aby unijnym normom stało się zadość a za całokształtem i
tak stoi inna, tajemna siła, która bez względu na ustalenia robi po swojemu.
Wigilie.
Ale było
hucznie i gwarno i tłoczno i szalenie sympatycznie. Tyle ludzi przewija się
przez Stowarzyszenie i widać, że jest im dobrze, że Stowarzyszenie spełnia ich
oczekiwania. Mam nadzieję, że tak będzie dalej, że sponsorzy nie odejdą. Coraz
trudniej realizować zamierzone cele. Znowu narzekam i marudzę. Ale kiedyś
miałam zaufanie do urzędników. Wierzyłam, że chcą „dobra” dla ludzi, że zależy
im na ciągłości zadań, na kontynuacji tego co sprawdzone. Coraz trudniej mi
uwierzyć w dobrą wolę kogokolwiek. Wiadomo, że nie ma przyjaźni gdzie w grę
wchodzą pieniądze albo gdzie dominuje strach o pracę. Świat urzędniczy
skostniał. Każdy kto ma odrobinę władzy stara się ją pokazać i wykorzystać.
No ale
miało być o Wigilii. Była ryba, sałatki – cztery rodzaje, pierogi, ciasta i
choinka. Wszystko zrobione własnoręcznie. Były też kolędy głośno śpiewane. Dzielenie opłatkiem. Zabrakło kilku osób, ale to znaczy, że nie
jesteśmy dla nich ważni i ich wspominać nie będziemy. Natomiast dziękujemy tym wszystkim dla których
jesteśmy ważni i którzy znaleźli czas żeby wspólnie świętować. A impreza trwała
ho ho i jeszcze dłużej.
Wigilia
domowa
A co to
będzie jak nikogo nie będzie?
Samotność
mnie przytłacza. Ciągle o tym myślę.
Rozłożyłam
się. Na same święta. Ledwo dojechałam do mamy. 250 km w tylko pięć godzin i już
byłam na miejscu. I zamiast pomóc przy pichceniu ległam. Zaległam w łóżku. Nic,
zero, żadnych zakupów, żadnych sprzątań. Udało mi się ustroić choinkę, odkurzyć
dywan i potem było łóżko, łóżeczko, poduszeczka, kołdereczka, pilot w rękę,
książka do poduszki, tony chusteczek higienicznych, syropki, tabletki i nawet
antybiotyk. Siusianie, jedzenie, kaszlenie, spanie i tak na okrągło. Noc i dzień.
Bez różnicy. Chodziłam w maseczce co by nie rozsiewać zarazków i chodziłam w
skarpetkach żeby się nie przeziębić i odpoczywałam. Tyle różnych materiałów do
pracy wzięłam. A tu nic. Spanie, jedzenie, toaleta. Nie odpisywałam na maile i
smsy. Komputer poszedł w kąt.
Jak
dawno nie szalałam w taki sposób. Miałam i wyrzuty sumienia, że taka nieużyta
jestem ale poza wyrzutami nic nie udało mi się zrobić. Maseczka nie pomogła.
Zaraziłam mamę. Teraz ona chrypi, kaszle i choruje.
Leki
antyretrowirusowe
Od
tygodnia nie biorę leków antyretrowirusowych. Diagnostycznie i leczniczo nie
biorę. Okazało się, że mam zbyt wysoki poziom leukocytów albo limfocytów w
moczu. Może to nerki czyli może moje leki obraziły się na mnie. Chciałam
sprawdzić czy jak je odstawię to wyniki się poprawią. Nic z moich założeń nie wyszło bo się ostro przeziębiłam i
zaczęłam brać antybiotyk. Nie będę wiedziała od czego ewentualne zmiany będą.
Ale za to cholesterol mi się obniżył do granic normy. Dobre i to.
I inne
ciekawostki
Uzależniłam
się od żarcia. To nie żart. Zaczynam rozumieć co sprawia, że tak bez
opamiętania zażeram wszystko. Bez głodu objadam się. Widzę jedzenie i jem.
Czuję jedzenie i jem. Budzę się w nocy i jem. Jest mi smutno i jem. Jest mi
radośnie i jem. Dużo pracy mnie będzie kosztować odzwyczajenie się od żarcia –
nie od jedzenia. Szaleją w głowie neuroprzekaźniki. Muszę je wyregulować. Bo
jeszcze trochę a nie zmieszczę się w nic.
Nowy,
stary szpital.
Czy moje
serce zostało w moim rodzinnym mieście? Chyba tak. Tęskno mi do mojej małej
mieściny z życzliwymi ludźmi. Wszędzie
dobrze gdzie nas nie ma. No prawda, nie
ma mnie tam. Ale dobre wspomnienia zostają. Odwiedziłam swój stary szpital.
Pewnie nie poszłabym w „gości” gdyby mnie kolega nie poprosił o przywiezienie
leków. Dużo zmian. Wszędzie przyszło nowe. Moje koleżanki pielęgniarki
zestarzały się. Część z nich już odeszła na emeryturę. Część się przymierza do
emerytury. No może nie zupełnie przymierza. Wolałyby pracować dalej bo marne
będą miały emerytury. Pensja też do zawrotnych nie należy ale zawsze wyższa.
Zawiozłam
trochę literatury o HIV/AIDS. Obiecuję
tym razem solennie dostarczyć następnym razem więcej materiałów. Żałuję,
że pielęgniarki są mało zadbane ale też mało dbające o siebie. Nie o wygląd tu
chodzi a o szkolenia się. Nic by nie szkodziło żeby się chciały podokształcać i
coś w tym HIVie zrobić więcej. Ale rozumiem, że małe miasteczka takie śpiące
już są i będą i przez to dla mnie są takie atrakcyjne. Po hałasie warszawskim i
ruchu marzę o cichości. I takim małym nic nie robieniu więcej niż trzeba.
A z
drugiej strony cieszę się, że nie ustałam w starościach i ciągle mnie ciągnie
do nowych wyzwań.
Sylwester
za pasem.
No tak,
jeszcze kilka dni starego roku i już następny rok. Nie wiem co będę robiła na
Sylwestra. Nie wiem gdzie się będę bawić. Jakoś ludzie wokół mnie posmutnieli. Coraz im ciężej i to widać
w ich spojrzeniach, twarzach, słowach, niespełnionych obietnicach. Wszystkich
chwyta taka szarość. I coś się porobiło, że bez nadziei na polepszenie. Bez
perspektyw.
Miałam
się bawić z przyjaciółmi ale coś mi się widzi, że alkohol mnie pokonał i jest
zdecydowaną lepszą atrakcją niż Sylwester w górach, na sankach, na nartach. Wiem,
że będzie inaczej niż zwykle. Nie wiem jeszcze jak.
Takie
same jak zwykle będą marzenia do spełnienia. Zwykłe one do bólu. Chcę kasy. I
poczucia bezpieczeństwa. I zdrowia w miarę. I żeby nie zostać samą. Czyli chcę, żeby bliscy mi byli zdrowi i
szczęśliwi i radośni i bogaci. Nie koniecznie muszą mieć rodziny. Chcę żeby
mieli mnie i ja chcę ich mieć. Chcę też dostrzegać rzeczy małe i umieć się nimi
cieszyć. Chcę mieć czas na góry, jeziora i marzenia. Nie chcę się bać miłości.
Może nie jest za późno. A z materialnych rzeczy chcę mieć pomost i łóżko.
Myślałam o telewizorze ale już mi przeszedł.
Znowu
przyśniły mi się góry. Ich zapach. I wędrowanie.
Wielka
totalna klapa.
A już
stary rok miał się skończyć. A może zresztą to i lepiej, że stare dokopało?
Stowarzyszenie Bądź z nami właśnie kończy swą działalność. Nie spodziewałam się
tego. Ot tak, decyzja komisji konkursowej, odrzucono wszystkie projekty.
Podobno były błędy merytoryczne – czy na tyle duże, żeby zamykać
Stowarzyszenie? Nie ma odwołania od decyzji. Decyzja komisji jest nie do
podważenia. Myślę, że słusznie. Co będą sobie zawracać głowę niezadowoloną
hałastrą. Nie podoba się? To won. No i właśnie koniec. Stowarzyszenie istniało od 1994 roku. Od
marca. Dociągnie pewnie do 17- tki. Mam
nadzieję, że pracownicy, członkowie i korzystający nie zostawią tego bez walki.
Ja rozumiem, że urzędnikom nie zależy i naprawdę mają w nosie kto, co, jak i
kiedy, że w sferze pomagania też liczy się konkurencja i nie ma sentymentów.
To, że coś istnieje od lat, sprawdziło się, zdobyło renomę. To, że ludzie czują
się bezpiecznie, to że stary, sprawdzony zespół. To, że wybudowane i stoi i
służyło i służy wielu ludziom to w naszej rzeczywistości jest nic nie znaczącym
elementem. Przecież Panie i Panowie z Miasta nie zostawią ludzi bez pomocy,
przecież jak się jednego fryzjera zamknie to obok na ulicy jest drugi fryzjer.
Jaka to trudność? A że tradycja, ciągłość? A kogo to dziś obchodzi. Na pewno
nie Biuro Polityki Społecznej.
Tyle lat
nauki i starań i decyzją jednej chwili rozwalono Stowarzyszenie. Chcę wiedzieć
kto i dlaczego – chyba to nie tajemnica i chcę poznać argumenty za zamknięciem
Stowarzyszenia. Musiały być one ważne i wielkie albo małe i bez znaczenia.
Niektórzy wierzą w
siłę większą od nas samych, niektórzy wierzą w rodzinę, ja nie wierzę w spisek,
wierzę natomiast w złe intencje i głupotę i totalną niekompetencję. Gorszy
pieniądz wypiera lepszy i stało się.
A wracając do
sprawy a może by tak jakąś małą akcję? Happening? A może kto ma pomysł i chce pomóc
zgłosi się do Stowarzyszenia? Na przykład 10 stycznia? Albo przedzwoni? Burza
mózgów ludzi myślących przeciwko pozostałym.
Dobrej
zabawy i dobrego roku życzę i obyśmy się mogli spotkać na przekór urzędnikom w
Stowarzyszeniu Bądź z nami.
Dużo się działo w październiku. Przede wszystkim
październik miesiącem oszczędności ! Dawne czasy. Ale zakodowałam sobie hasła z
przeszłości. I udało mi się nie wydać
żadnych zbędnych pieniędzy. Przygotowuję się do roku 2011. Tyle ile zaoszczędzę
teraz tyle będę mogła wydać potem.
Mam wrażenie, że ciągle się boję. Że lęk mnie nie
opuszcza ani w dzień ani w nocy. Że strach jest wszechobecny przez 24 godziny
na dobę. Strach, lęk czyli stres. I pomimo tego, że mam świadomość co przewlekły
stres robi z człowiekiem nie umiem żyć radośnie, spokojnie i bez lęku.
Szczęśliwi ludzie którzy są szczęśliwi. Umieją pogodzić się z każdą sytuacją,
zebrać siły i iść dalej. Pogodnie. I z
hasłem jakoś to będzie. Jestem ciekawa jak
to jest z tym moim lękiem i strachem. I jakie spustoszenie to to robi, zrobiło,
zrobi w moim organizmie. A więc mogę mieć cukrzycę, wrzody, impotencję, osteoporozę,
nadciśnienie, zmęczenie i wiele, wiele innych niespodziewanych objawów.
Ratunku.
Delete
Nie tak dawno partnerka mojego zmarłego przyjaciela
wykasowała mnie z komórki. Przedzwoniła pijana bardzo, żeby mi o tym
powiedzieć. Powiedzieć, ze ceni mnie i szanuje a nawet i kocha ale ponieważ do
niej nie dzwonię, nie kontaktuję się to znaczy, że nie chcę tej znajomości
podtrzymywać. I teraz jeżeli będę chciała mogę do niej zadzwonić ja.
Nigdy nie byłyśmy zaprzyjaźnione. Widywałyśmy się sporadycznie. A
dokładnie kilka razy w życiu. Dopiero kiedy jej partner a mój przyjaciel umierał
to prawie zamieszkałyśmy ze sobą . Tylko, że przyjaciół nie dziedziczy się testamentem.
Nie można przejąć od tak sobie, na mocy spadku ani zjedzonych beczek soli, ani
wspólnych rozmów, ani kłótni, ani przeżyć. Do przyjaźni się dochodzi. Na
przyjaźń trzeba zapracować. Mój przyjaciel wiedział o moim zakażeniu.
Przyjacielowi się ufa, przyjaciela się wspiera. Przyjaciela brakuje jak diabli.
Cholerny HIV.
Nawet przez
moment nie pomyślałam, że mogłybyśmy coś dla siebie znaczyć bo daleko nam do
siebie. Bardzo daleko. Przez moje nie
picie i moje nie palenie, przez mój HIV i przez nieszczerość w której żyję.
Ale zabolało mnie to okrutnie. Taka wykreślona się
poczułam. Wykasowana z życia. Chociaż sama czasami to robiłam i robię.
Kasowałam kontakty z ludźmi. Tylko jakoś
tak bez fanfaronady. Bez obwieszczania tego światu. I chyba bez szpilkowania
ofiary.
Poskutkowało to tym, że zabrałam się za obdzwanianie
bliskich mi osób, które nie kontaktują się ze mną, i z którymi ja się nie kontaktuję, żeby im powiedzieć, że
ich nie wykreślam, nie kasuję i nie zapominam i że niech wiedzą, że jeżeli coś
się w ich życiu wydarzy to ja jestem i że wiem, że jeżeli coś u mnie lub ze mną
się wydarzy, to wiem, że oni są. Były to
bardzo ważne spotkania.
Szkolenia
Nigdy więcej nie będę już brała udziału w
szkoleniach o HIV. Koniec kropka. Od
kilku dobrych lat ciągle jest to samo.
Zmieniają się tylko dane liczbowe. Przybywa trochę nowych leków. I nic
więcej. A szkolenia są różne: HIV a żywienie, HIV a spanie, HIV a kochanie, HIV
w komunikacji, HIV a psychologia, HIV a umieranie, HIV a życie.
Powiem tak. Cudownie, że coraz więcej osób umie
zakręcić się wokół HIVa i wykorzystać go do dobrego życia. Specjalizacja jest
cudowna i potrzebna ale czym różni się umieranie z HIV a bez HIVa, albo zdrowa
dieta z HIV a bez HIVa albo depresja z HIV a bez HIva. Uczestniczyłam ostatnio w kilku szkoleniach –
wykładach w zakresie różnych jednostek chorobowych i mam wrażenie, że ciągle słuchałam tego
samego. Tylko jednostka chorobowa się zmieniała. Raz był to HIV, raz HCV a raz
cukrzyca. Nawet catering był podobny.
Mam wiedzę encyklopedyczno życiową. Wielka i bogatą. Pewnie mogłabym ją
wykorzystać ale dziwadło jestem i nie wykorzystuję. Tylko się zżymam i frustruję. I obgaduję.
xxx
Wczoraj rozmawiałam o firmie szkoleniowej z Kimś.
Żebyśmy razem może założyły coś i zaczęły szkolić. A może to jest jednak dobra
myśl? Tylko musze schudnąć!!! Bo waga wpływa na mnie ociężale.
Nauka.
Się uczę. No, czytam książki. I czekam na decyzję
PFRONu. Czy chociaż w kawałku dofinansują mi studia. Dla kaprysu zajmuję się
mózgiem. I jedno już wiem. Że cały świat to białko. Mam nadzieję, że dowiem się
czegoś więcej. Coraz bardziej fascynuje mnie Człowiek. Może coraz mniej jego zachowania
czyli zewnętrze. Bardziej ciekawi mnie człowiek jako cud natury, samonakręcająca
się maszyna wykonująca tysiące skomplikowanych czynności. Przez cały czas bez
odpoczynku coś w nas iskrzy, pracuje, naprawia, przetwarza, układa, chroni,
ostrzega. Jaka szkoda, że tak późno spostrzegłam, że na świecie jest tyle
fantastycznych rzeczy do poznania. I nie ma czasu na leżakowanie umysłowe. Bo
dziś jest jedynym dniem prawdziwym. Jutra może już nie być.
I śpiewam.
Śpiewam. Zawsze to była dla mnie radość. W
największe smutki piosenka pozwalała mi poradzić sobie z trudnościami. Ale musi
być taka bezkresna, monumentalna, duszysta. Taka do płakania, łkania, spazmów.
Oczyszczająca.
Muszę więc jechać w góry.
Musze się z nimi zmierzyć. Poczułam to całą sobą. Że
chcę z plecakiem od schroniska do schroniska. Tatry. Kiedy??? Ale na pewno
pojadę, już to wiem. I koniecznie sama. Wrócić do przeszłości, której nie
znajdę. Ale może znajdę oczyszczające uczucia.
Działka.
A na działce kominek grzeje. Za oknem 0 stopni a na
pięterku 24 +. Tylko od 30 października wody już nie ma. A szkoda.
Święto zmarłych.
Nie byłam na grobach u koleżanek i u
kolegów. Zaczyna ich być więcej tam niż tu. Dlaczego? Nie wyrabiam się jak
zwykle z czasem. Mój przyjaciel się
rozsypał za sprawą swoich dzieci. Weszły na górę wysoką i zgodnie z życzeniem
rozsypały tatusia w ukochanych górach.
Brakuje mi mojego ojca. To już rok.
Szukam pracy.
W związku z troską mojego umiłowanego rządu o
równowagę pomiędzy rentami a emeryturami i 99% prawdopodobieństwem obniżenia
rent z pozostawieniem ograniczenia zarobkowania szukam pracy na czarno. Nie ma
miłości bliźniego. Jest konkurencja. A konkurencja to znaczy wyeliminować
wszelkimi sposobami konkurentów. Nie tyle merytorycznie ile pijarowo. Nie muszę
mieć już niczego na sprzedaż, muszę umieć to nic zareklamować, wypromować no i
na końcu sprzedać.
Lało dzisiaj i wczoraj. A ja nic. Podsypiałam cały
weekend. Na nic deklaracje aktywności. Przeleżałam i przeżarłam dwa dni.
Uciekły i nie wrócą. Idę spać co by się nie zmarnować dalej.
Zimno a ma być za chwile zimniej, ciemniej,
śnieżniej. Na razie świeci słońce. Byłam na krótkim spacerze wokół tężni. I
wdychałam co się w tężniach wdycha. Zawsze z nadzieją, że to pomoże. Nie ważne
na co, ale pomoże.
Za dużo spraw, za dużo rzeczy na raz. Tak jakby nie
można było po kolei, wolno i swobodnie, według swojego planu, z początkiem i
końcem. Wszystko od razu. Zawirowania do zwariowania. Pozapisywałam się na
różne różności. Przyszły rok to katastrofa finansowa. Nie wiem jak to będzie i
trochę się niepokoję. I w związku z tym postanowiłam wydać w tym roku i
„ponadkupować” wszystko co się da i wszystko co mi potrzebne. Więc opłacam
sobie kursy na rok przyszły, studia, łóżko, szafkę z szufladami, może karnisze
do pokoju, kawę, herbatę, makaron, zapałki, proszki i mydła, zupki w proszku i
konserwy wieloletnie. I robię zaprawy, różne czyli udane i mało udane. Ogórki
miały być z musztardą wysły na bardzo słodko. Do zjedzenia ale nie objadania
się . Może dobrze wystarczy na dłużej. DO grzybków nawet nie zajrzałam smakowo.
Jakie będą takie będą. Jest i leczo
zamrożone. Też nie wiem co to mi wyszło. I czy dobrze zapasteryzowałam. Takie
zapasy na małą wojnę. Podstawowe życie będzie zabezpieczone, rozrywka i nauka
też. Jakoś przetrwam. Chodzi też trochę o to , żeby zająć czymś jesienno –
zimowo - wiosenne soboty i niedziele. Coś pożytecznego, interesującego,
satysfakcjonującego i pozwalającego na spotkania z ludźmi. Bo chciało by się do
drugiego człowieka, tym bardziej, że po moich ostatnich doświadczeniach straciłam zaufanie do bliskości i chcę je
jakoś odbudować. Ostatnio już żyje jak na bezludnej wyspie. Praca, druga praca,
trzecia praca, dom. Jest jeszcze działka ale daleko i dojazd do niej to tak jak
praca. Zima działki nie będzie. Będą kursy, szkolenia, studia i to zależy od
podpisanych umów z pracodawcami albo praca albo długa laba, wolność.
Z zajęciem się czymś nie mam problemu. Naiwny
wolontariat mam we krwi. Naiwny - nie głupi, nie niepotrzebny. Naiwny dla
siebie. To znaczy, że nie zastanawiam się co z tego dla mojego żołądka
wyniknie. I tylko po podsumowaniu często bilans wychodzi ujemny. Więcej kosztów niż zysków.
Okazuje się, że żyję powinnościami i wyobrażeniami o
byciu pożytecznym człowiekiem. A na dodatek chce zaspokoić oczekiwania moich
rodziców i chronić ich od wszelkiego złego.
A stara już jestem. Dawno przekroczyłam wiek szczenięcy i wchodzę w wiek
klimakteryjny.
A a propos starości. Wracam właśnie ze szkolenia,
kursu, zajęć. Średnia wieku niska.
Podczas rundki zapoznawczej każdy opowiadał co robi, kim jest, o zainteresowaniach. Po zajęciach podchodzi
do mnie kobieta w wieku koło pięćdziesiątki, zadbana, dobrze uczesana, i mówi, że się cieszy, że jest jakaś
równolatka. Jak rzesz się zdziwiłam, że
to do mnie!!!! Nie widzę upływającego czasu, bo dusza się nie zmienia. Nic a
nic. Tym bardziej, że nie mam dzieci a tym bardziej wnuków więc ciągle jestem
małolatą wchodzącą w dorosły świat. I bardzo często sama siebie tak traktuję.
W osobach po 40 widzę swoich mentorów, nie przerywam
wypowiedzi, słucham pokornie a w
autobusie ustępuję miejsca wszystkim starszym czyli od 40 w górę. Wiedzy
merytorycznej mi ten kurs nowej nie dał ale odkryłam znowu kawałek swojego
świata i mam nadzieję, że już wiem co mi jest. Mam nadzieję, że wieczna
młodość.
Zdrowie.
Dziękuję. Dobrze. Bardzo dobrze.
W 1995 roku,
jako że stwierdzono, że się nadaję otrzymywałam kurację interferon plus
rybawiryna. Zwariowałam po 5 tygodniu a około 10 starałam się chyba popełnić
samobójstwo co by skończyć z wdzierającym się do mojej głowy hałasem,
koszmarnym hałasem, którego nijak nie mogłam powstrzymać i wyciszyć. Na
szczęście dla mnie niektóre moje mózgowe komórki przetrwały i pozwoliło mi to
żyć i przetrwać i przerwać leczenie.
Dopiero po dwóch latach poczułam, że zaczynam wracać
do normalności.
Minęło pięć lat. No i jakoś tak chciałam poznać
poziom wirusa C. Czasami się zastanawiałam, żeby poprosić o badanie ale nie
przykładałam wagi do HCV. Był mi obcy, nie mój. W ogóle nie gościł w mojej świadomości.
W tym roku przy okazji badań na to co z HIV i jak się do siebie mamy poprosiłam
o badania również na HCV.
No i się okazało, że badanie genetyczne wirusa
wykazało, że go nie mam. Tego HCV. Może sobie śpi w jakiś komórkach ale aktywny nie jest. I już. HIV też
nie wykrywalny. HPV też nie posiadam. Chyba zdrowieję. Po 23 latach bycia
zakażoną, po 13 latach brania jednej nie zmienionej terapii wszystko jak na
razie jest w porządku. Oprócz cholesterolu. Teraz za to postanowiłam się
zabrać. Bo to i miażdżyca, i udary, i
inne choroby krążeniowe. A ja mam ochotę na długowieczność.
Biorę te moje wyklęte przez lekarzy tabletki, patrzę
na nie z czułością wielką. Pozwoliły mi żyć i się mieć w dobrym zdrowiu.
Pamięć też mi wraca. Jakoś łatwiej zapamiętuję różne
daty, zdarzenia, nazwy. Ale też uczę się, zakuwam: słówka po rosyjsku, HIVa po
polsku, a za kilka dni dojdzie neurologia. Nie mogę się doczekać czego nowego
się dowiem. Może dopiero teraz nauka
stoi przede mną otworem. Nie wiem, zobaczę, w razie czego wykorzystam.
Zielono
Jadę na działkę. Robimy z mamą kominek. Nie dobrze,
że na zimę bo w Polsce się kradnie i nie ma na to rady. Złodzieje kradną
trakcje i są bezkarni to i jak ukradną prywatnej osobie kominek to tez
nikt z kulawa noga się nie pokusi o
znalezienie złodzieja. Toż to mała szkodliwość czynu a prywatnej osobie nikt
nie pomoże bo jak sobie kupiła coś co można ukraść to niech się nie dziwi, że
jej to ukradli. Ale ma być ciepło, miło i przytulnie.
Robimy też podłogę. Przegniło, zacieka. Domeczek się
chyli. Brakuje kózki i dziada. Baba jest. Jadę więc w ostatnie podobno
zieloności w tym roku. Ostatnio wszyscy
meteorolodzy zapowiadają mróz, śnieg i długą czarną noc. Trochę czuję się
zmęczona tygodniem stresu i nauki. Ale mam nadzieję, że bezpiecznie dojadę i z
powrotem przyjadę. W lasach nie ma już grzybów. Nie pogrzybobrałam tym razem
ale kilka borowików własnoręcznie zebranych do zupy wigilijnej mam.
XXX
W tym roku obchodzimy 25 lecie HIVa w Polsce.
Pierwszy zakażony pojawił się oficjalnie w roku 1985. I ja Jeszcze dwa lata
żyłam bez wirusa.
Będą zapewne jakieś uroczystości związane z tą datą.
Może udałoby się spotkać ludzi sprzed lat. Z początków HIV. W „Bądź z nami”
zrobiono takie rodzinne spotkanie dwa lata temu. Dla wolontariuszy, którzy
współpracowali z „Bądź z nami” od jego początków. Dla każdego był przygotowany
prezent- wypieczony przez pracowników
pierniczek a ponieważ to było przed Wigila to ustrojono ten prezent wigilijnie
siankiem. Powstało drzewo wolontariatu. Korzeniami zostali „starzy”
wolontariuszy a listami najmłodsi stażem. Każdy dopisywał się do drzewa,
opowiadał swoja historie wolontariatu i
jakieś ważne zdarzenie. Było dużo wzruszeń, ciepła i miłości i historii.
Historii z której nie korzystamy i wszystko tworzymy
od nowa. Tak jakby ciągłość była niestosowna. Świat zaczyna się od JA.
Mała dygresja dotycząca ciągłości. I znowu w HIVie
szkoleniowym i profilaktycznym pojawiają się nowe osoby, nowi specjaliści, z
doświadczeniem dwu, trzy letnim i to oni szkolą z HIVa i to u nich zdobywa się
umiejętności. Postanowiłam już nie korzystać z tego typu szkoleń. Moja wiedza
na temat HIV i związanych z nią różnych aspektów jest przeogromna. Nie widzę
tego na co dzień. Widzę natomiast kiedy spotykam się z nowymi specjalistami
szkolącymi mnie z HIV. Żeby mieć możliwość pracy muszę ciągle jakieś kursy
robić. Dla papierka. Ale chyba już dość.
Są rzeczy, których nie wiem, są szkolenia uczące tych rzeczy których nie wiem, uczące albo lepiej
doskonalące jakieś moje umiejętności. I na to się zgadzam. Chętnie korzystam. Bunt się we mnie pojawił
jakieś trzy, cztery lata temu. Teraz się skrystalizował i wyartykułował. Więc
skrytym parówkożercom mówimy NIE.
Więc
W tym roku przypada 25 lecie HIV. Pierniczki ozdobne
zrobią wolontariusze. Ma być spotkanie, lampka wina, wystąpienia, przemówienia
może i puszenia. Jestem ciekawa czy nacisk położymy na osoby, osobę, czy będzie
ktoś ważniejszy czy wszyscy równi. Ważne też dla mnie kto przyjdzie i dlaczego
nie przyjdzie. Charakterystyczna w Polsce lista nieobecnych. Tyle osób jest skłóconych ze sobą, obrażonych, niechętnych
sobie, swoim działaniom. Mam nadzieję, że animozje na moment pójdą w kąt. Nie
musimy przecież się sobie rzucać na szyję. Ale razem zrobiliśmy kawał dobrej
roboty. Razem daliśmy podwaliny tego co teraz jest. A w HIV w Polsce nie jest
źle. To o co staraliśmy się zawsze czyli leczenie dla osób żyjących z HIV,
wsparcie dla osób żyjących z HIV jest. Pewnie, że jest dużo do zmiany. Ciągle
brakuje pieniędzy. Ale zrobiliśmy i przeszliśmy razem długą, wspólna drogę.
Teraz każdy poszedł swoją ścieżką. Nie ma już tego ducha, który silnie nas
jednoczył i nie ma teraz już takiej silnej potrzeby. Jest nowy duch , trochę
inny, czego innego chce. I są już trochę inne potrzeby. Może hipokryzją jest
uśmiechanie się do kogoś do kogo w sercu mamy tylko złość i nielubienie ale
bądźmy czasami hipokrytami. Nie koniecznie każdego dnia musimy doszukiwać się
dwulicowości i merkantylizmu. Może uda się jeden wieczór spędzić zostawiając w
domu urazy a skupić się na tym co nas przed latami połączyło. Bo to co przed
latami to się przecież nie zmieniło. Ta idea walki z AIDS jest ciągle obecna. Minie
wieczór i się rozejdziemy. I wszystko wróci do naszej normy.
No nic. Południe na zegarku. Pora się obudzić i
rozpocząć dzień. Oby był udany.
A
miało być tak pięknie. Wakacje. Morze. Ciepło. Miło.
Depresja
? Jesienna? Końcowo letnia? Życiowa?
Stoję w miejscu.
Rozwinięta do połowy. Zamknięta we własnej frustracji i zmęczeniu. Nie wiem jak
bardzo bym się starała wszystko obraca się w g…o. Mam wrażenie kompletnej
niepotrzebności swojego życia i swojego istnienia w nim. Zawód na całym froncie. Wszystko w moim życiu
jest tymczasowe. Jestem okrutnie zagubiona i opuszczona. Jak to się mogło stać,
że nie ma nikogo bliskiego obok mnie? Czy doprawdy wszystko mam zrzucić na HIV,
jedyne sensowne usprawiedliwienie własnych nieumiejętności i nieudolności? Ciągle się spieszę, ciągle jestem w ruchu.
Nie umiem odpoczywać. Ciągle coś niedokończonego mnie omotuje i nie pozwala w pełni
odetchnąć pełną piersią. Tak jakbym biegła na trzech lub czterech lub pięciu
torach równocześnie. Jak na pierwszym
dobiegam, to się okazuje , że na drugim trzeba dopomóc, a potem na trzecim a
potem z powrotem na pierwszym. Tak jakbym prowadziła kilka żyć równolegle.
Zawsze jest coś nie załatwione, zawsze trzeba podgonić, dogonić. Ciało coraz częściej odmawia mi
posłuszeństwa. I umysł też. Tak jakbym była wszędzie i nigdzie. Ciągle w
umysłowym biegu. Ciągle z niedokończonym zadaniem. Ciągle na półmetku nigdy na
mecie. Coraz bardziej pełna lęków i niepokojów.
I ciągle stawiam sobie
dwóję z życia.
Jakbym chciała
prześcignąć żółwia. Żółwia. Jestem od niego zdecydowanie szybsza, więc dlaczego
on jest zawsze przede mną i dlaczego nie mogę go dojść i dlaczego nie mogę go
prześcignąć. Czyżbym też była żółwiem? A nic o tym nie wiem!
Coraz trudniej mi się
mobilizować nawet do małych rzeczy. Wszystko odkładam na potem. „ „Potem” jest
tak nawarstwione niezałatwionymi sprawami, że wkładam głowę pod kołdrę i
śpię. Problemy nie nikną, sprawy w
dalszym ciągu nie pozałatwiane ale mnie na moment nie ma! Czyli i spraw nie ma.
XXX
I ciągle poszukuję. I
nie mogę znaleźć dla siebie drogi. Za dwa tygodnie zaczynam następną szkołę. Po
co? Żeby coś więcej wiedzieć? Dla kompetencji? Po co? Wydałam pieniądze (nie
małe), poświęcę swój wolny czas, ukradnę go z odpoczynku. I co dzięki temu
osiągnę? Dalszą frustrację? Zniechęcenie? Następną rozgrzebaną i
zaprzepaszczoną możliwość?
Chcę się poczuć
bezpieczna. Jak to się robi?
Mam 47 lat, 417 zł
naliczonej emerytury. Czyżby to był kryzys? Wieku? Przemijania? Bezradności?
Boję się smutku i szarości. I przymusu. Przymusu bycia w mieście. Przymusu
zmiany mieszkania na coraz mniejsze, coraz gorsze. Przymusu zależności. Boje
się pracy na czarno. Boję się, że nie dam rady. Boję się, że sama odpuszczę.
Przychodnia.
Od 1 września novum.
Zapisy do konkretnego lekarza i na konkretną godzinę. Może to i lepiej? Jestem
ciekawa czy to zda egzamin.
Jestem również zapisana
do „normalnej” przychodni rejonowej i do „normalnego” lekarza rodzinnego. Chyba
któregoś dnia skorzystam z usług poradni co by zobaczyć jak to wygląda w praktyce. Marzy
mi się sanatorium. Zwykłe. Dla zwykłych, przeciętnych ludzi. Idę. Wpisują mnie
w kolejkę i jadę na trzy tygodnie dla podreperowania zdrowia. Jesienią. Może
być listopad. Gimnastyka korekcyjna w wodzie. Bicze. Masaże. Fiv`y. Wieczorki
taneczne. Wycieczki.
Zrobiłam
w końcu badania. Od stycznia do sierpnia czas długi. Teraz nie mam czasu żeby
zobaczyć jakie są wyniki. Czy zostaję przy swoich starych lekach czy pora na zmiany.
Drugi
raz w tym roku nie przypilnowałam odebrania leków z przychodni. Drugi raz mam
kilkudniową przerwę w braniu leków.
Dowiedziałam
się, że chyba tylko w Warszawie pacjentom zamieniają truvadę na inne leki. W
innych przychodniach takich zmian nie ma. No nic to. Oby nie było gorzej. KC
AIDS milczy „w temacie” leków. Musi być bardzo dobrze z finansami i z
dostępnością do leków (chociaż trudno mi w to uwierzyć).
Praca
Od miesiąca się waham
czy i jak pójść do lekarza medycyny pracy o wydanie zgody na kontynuację pracy.
Mam obawy, że oglądając moje wyniki i słysząc z „czym” przychodzę może mi takiej
zgody nie dać.
A tak naprawdę to boję
się konfrontacji. Zaskorupiłam się w swoim wirionie z wypustkami.
Nie poznaję nowych
ludzi, nie podtrzymuję starych znajomości. Żyję sobie na uboczu. Coraz mi dalej
do wszystkiego i do wszystkich. Odczuwam ogromną potrzebę odpoczynku.
A tu niestety kryzys,
którego nie ma, dopadł mnie z całą siłą i nie pozwala na odpoczynek. Trzeba
walczyć! Bo, zero perspektyw pracy na
rok przyszły. Miejsca w których pracuję są zależne od budżetu. Cięcia się
zapowiadają wielkie i od sfery socjalnej i społecznej mają się zacząć. Znaczy
przede wszystkim ode mnie.
Co dalej.
Mieszkam w Warszawie
już 20 lat. Nie zakorzeniłam się, raczej przyczepiłam gruntowo. Oderwać mnie
łatwo i też nie za bardzo się staram aby pozostać.
Przez ten czas
nawiązałam wiele wspaniałych przyjaźni. Zrobiłam kilka dobrych rzeczy. Dobrze
mi się żyło. Nie beztrosko ale potrzebnie.
Teraz jakby wszystko
się obracało o 180 stopni. Tracę osoby mi bardzo bliskie. Odchodzą. Umierają. Krzywdzą.
Również moja praca nie
przynosi żadnego pozytywnego efektu. Mimo, że się staram (a może już nie?)
jakoś się wszystko rozłazi. Samozadowolenie zerowe, a właściwie mniej niż zero.
Satysfakcji nie ma. Perspektyw nie ma. Pieniędzy nie ma.
Przyzwyczaiłam się do
„rozpusty”. Że mogę wyjechać na wakacje, że mogę wsiąść w pociąg i pojechać nad
morze, że mogę wsiąść do samochodu i pojechać na weekend do koleżanki. Albo
pójść do kina, mieć telefon na abonament, zapalać w domu światła, włączać
pralkę, dogrzewać się jak mi zimno, kupić książkę, pójść na kawę do kawiarni. A
tu krewa. Wielka biała d… .
Zielono.
Ale jest jeszcze
zielono. I jest działka. Podcinałam drzewa owocowe. Wyrywałam chwasty. Grabiłam
przed zimą. Cięłam drewno na opał. Robiłam zaprawy. Walczyłam – ekologicznie- z
myszami.
Jak cudowne jest
zmęczenie fizyczne.
Teraz wybieram się na
grzyby. Koleżanka z dolnośląskiego przysłała zdjęcia z wielka ilością
borowików. Przy szosie stoją zbieracze z kurkami, kozakami, borowikami. Co
wchodzę w las nie widzę niczego. Ani muchomora, ani opieńka. Nic a nic.
Ale jadę. Oby nie
padało.
Nowy dzień.
No i skończyła się
przyjaźń?
Dostałam celnego,
wyrafinowanego kopa w podbrzusze. Liżę rany. Ale ja jestem twarda. Bardzo
twarda. Będzie bez łez. Tylko jeszcze dalej od ludzi.
I już jestem
po konferencji AIDS2010 w Wiedniu. Takie konferencje odbywają się raz na dwa
lata. Tegoroczne hasło przewodnie brzmiało „Prawa człowieka tu i teraz”. Tym
razem konferencja miała na celu podkreślenie, że aby odnieść sukces w walce z
HIV, konieczna jest promocja i ochrona praw człowieka. Dużo mówiono również o
finansowaniu działań związanych z HIV a dokładnie o Globalnym Funduszu
(niestety, my jako Polska nie łapiemy się na żadne międzynarodowe fundusze do
walki z AIDS – jako kraj bogaty musimy finansować się sami). W konferencji wzięło
udział około 20 tysięcy naukowców, reprezentantów rządów, pracowników opieki
zdrowotnej oraz ludzi z HIV i AIDS. Gośćmi honorowymi konferencji byli były prezydent Bill Clinton i prezes zarządu
korporacji Microsoft Bill Gates. CZy z takich konferencji coś dla świata
wynika?
Przypomnę, że byłam w Wiedniu dzięki zaproszeniu sieci Astra i Federacji na Rzecz Kobiet.
Bardzo się starałam brać aktywny udział w życiu konferencyjnym. Z jakim
skutkiem zobaczę. Konferencja rozpoczęła
się 18 a zakończyła 23 lipca. Językiem obowiązującym jak zwykle był angielski.
Tym razem wybrano i drugi. Był nim język rosyjski. Chodziłam więc na sesje nie
takie na jakie chciałam a jakie były tłumaczone. Okazało się, że swobodnie mogę
pogadać z ludźmi w kuluarach. Niestety język rosyjski specjalistyczny,
wykładowy jest dla mnie trudny
A uczyć się nie chce. Źle mówię, uczyć się chce ale sił nie starcza
i samozaparcia. Zapisałam się na kolejny kurs językowy. Tym razem śpiewany.
Lubię śpiewać a pieśni ruskie są piękne, melodyjne, język stworzony do
romansów. Mam nadzieję, że będę śpiewająco mówić.
A w ogóle Wiedeń jest wart zwiedzenia. Dzięki
uprzejmości koleżanki, która przygarnęła mnie na trzy dni przed konferencją
mogłam pozwolić sobie na pobieżne ale jednak poznanie Wiednia. Pałace, zieleń,
kąpiele w Dunaju (w centrum miasta – woda czysta), pyszne jedzenie i muzea.
Trzy dni chodziłam, jeździłam, płaciłam zwiedzałam. Zapomniałabym o jeszcze
jednej atrakcji – Prater ichnie wesołe
miasteczko. Nie zdecydowałam się na
żadne podniebne urządzenia, ale na szybkie zawroty głowy tak czyli kolejki
górskie i wodospady wirujące. Przednia zabawa.
XXX
Patrzę sobie na świat i ciągle się zastanawiam
dlaczego u nich, tam żyje się spokojniej i bezpieczniej. A u nas tu jest mi
coraz gorzej.
I to nie tylko kwestia opieki medycznej, dostępu do
leków, wysokości świadczeń ale porządku, stałości, respektowania prawa przez
wszystkich. Patrzę na ostatnie wydarzenia i po raz pierwszy, po raz pierwszy przemknęła
mi myśl, że chciałabym być obywatelem innego kraju, żeby nie odczuwać takiego
upokarzającego wstydu. Jeszcze miałam nadzieję, że pomimo różnych różnic
dzielących nas (jak się okazuje bardziej niż łączących), różnych grup żyjących
pod jednym dachem, różnych opcji, różnych zapatrywań, różnych charakterów,
różnych ekspresji mieszkam w państwie
prawa. W dniu któregoś sierpnia zasłona mi z oczu opadła i zobaczyłam, że
Polska nierządem stoi. I przestały dla mnie wiele znaczyć przepisy, kodeksy, umowy. Jeżeli inni mogą bezkarnie łamać przepisy to
ja mogę też. Mogę na przykład ukraść i żądać, żeby mnie okradziony przeprosił,
że za mało miał, że musiałam się za bardzo zmęczyć. Że następnym razem to ten
okradziony sam mi przyniesie co tylko będę chciała. I żebym w łaskawości swojej
nie zadenuncjowała go bo mu wstyd i w ogóle to on mnie teraz będzie utrzymywać,
pieścić i pielęgnować. A ja jako złodziej mogę go lżyć, ubliżać a on pokornie
się zgodzi na wszystko. Gadam bzdury. Nie chcę, żeby tak było. Chcę zmian. Chcę
bezpiecznie chodzić po ulicach. Chcę być też u siebie. Chcę wiedzieć, że prawo
zawsze prawo znaczy a sprawiedliwość sprawiedliwość.
XXX
Takie i inne niestosowne myśli mi do głowy
przychodzą i najgorsze, że odejść nie chcą.
I niech mnie Rada ds. Propagandy Telewizyjnej nie
straszy nie płaconymi rachunkami za
telewizję i radio bo ich programów nie oglądam i oglądać nie będę, Bo nie mam
takiej przyjemności. Chyba, że wprowadzimy nakaz i potem każdy w pracy, w
szkole np. przed komisarzem Rady będzie musiał streścić program, lub odpowiadać
na podchwytliwe pytania sprawdzające czy oglądaliśmy ze zrozumieniem wyznaczone
dla naszego bloku, mieszkania, rodziny programy.
Tak smutno sobie pomyślałam, że następny nowy Prezes
w pierwszych słowach po Objęciu skoncentrował się na uszczelnieniu opłat
abonamentowych a nic nie powiedział, że telewizja publiczna ma być publiczna i
dla wszystkich, nic nie powiedział, że ma nieść oświatę, szerzyć kulturę, no po
prostu ma być dobra. I teraz jak w końcu przyszło Nowe to, to Nowe zrobi
wszystko, żeby polepszyć jakość. Nic z tego. Wiem, że będą uszczelniać
rachunki. Telewizji mówię też NIE.
XXX
A co z HIVem? Ano jest. Jakiś taki przygaszony
upałami.
Na badaniach znów nie byłam Jestem taka bardzo, bardzo
zmęczona. Zniesmaczona. I zapóźniona. Obiecuję i się nie wywiązuję. Mam
nadzieję, na zmiany. Oprócz tego włosy wypadają mi garściami. Gdzie te lata
kiedy miałam na głowie bujną, piękną szopę, lśniących zdrowych włosów.
Tyję znowu. Zaczęłam biegać. Nawet nie po to, żeby
schudnąć ale żeby mieć wrażenie, że dbam o swoje psychofizyczne ciało i duszę.
Biegam po lasach i łąkach. Jak tylko przekraczam mury miasta na zewnątrz już
energia we mnie buzuje, rozpiera i gna. Tylko co do wewnątrz wkraczam, między samochody,
spaliny, beton – krach, niechęć, nieróbstwo, niesenność, niestrawność, ogólna
niemożność.
XXX
Mój przyjaciel znowu pije. Pije kasacyjnie. Traci
grunt pod nogami. Ja też. I można tylko się temu przyglądać. Ręce opadły
najwytrwalszym. Patrzymy więc jak z dnia na dzień, coraz dalej mu do nas a nam
do niego. Nawet nie ma już chwil trzeźwości. Jak nie wypił to też jest pijany.
Ciągle mam nadzieję, że jakoś sobie poradzi. Tyle terapii już miał, w tylu
miejscach już był, tyleprac mądrych na ten temat napisał a nałóg silniejszy i
coraz rośnie w większą siłę.
Posprzeczałam się też z mamą. O władzę. Taką domową.
Przyogródkową. Chodzi o to, kogo na wierzchu. Nikt nie wygrał a atmosfera na
kilka godzin zepsuta. A poszło o to czy płotek ma być 10 centymetrów w prawo
czy w lewo.
Moja przyjaciółka znowu do Niemiec do pracy
pojechała. Ciężko pracuje. Bardzo ciężko. Ale żyć do cholery z czegoś trzeba.
Tu ma rentę. Jako niezdolna do pracy dostaje 500 zł. Więc w związku z tym jest
i niezdolna do pracy i niezdolna do egzystencji. Chociaż pewnie chciałaby być
zdolna. Ciągle jest chora. Zapalenie oskrzeli nakłada się na zapalenie
oskrzeli. Ma siłe na pracę. Nie ma siły na przyjazd po leki. Nie ma więc leków.
Może by i dojechała ale tym razem powódź stanęła na przeszkodzie.
XXX
Świat widzę czarno. I na to pewnie HIV ma niewielki
wpływ. Raczej zmieniający mi się charakterek i zmieniający mi się wiek.
XXX
Uwielbiam pichcić. Jak mam dla kogo. A coraz mniej
mam dla kogo. Ale i tak uwielbiam. I umiem.
XXX
Zaraz wsiadam w samochód i jadę na wschód. Nad
piękne jeziora suwalskie. Chociaż na kilka dni bez obowiązków. Żadnych. Nawet
tych przyjemnych co to nie obowiązkami i radością są. No to teraz chcę pojechać
i nic nie musieć. Zapowiadają się upały. Będę w wodzie więc niech sobie te
upały będą.
I może jeszcze uda mi się Perseidy zobaczyć. Bo tu w
stolicy nijak, chociaż wzrok wysilałam.
Do wszystkiego trzeba mieć warunki a jak ich nie ma
trzeba sobie samemu stworzyć.
No i zagapiłam się. Już minął początek lipca, już po
nocy świętojańskiej i już po wyborach.
XXX
Wróciłyśmy z Krymu.
Dużo by opowiadać i pokazywać. Nabrałam ochoty na
więcej i oczywiście na dłużej. Ogólnie było dobrze. Ale kilka rzeczy bym jednak
zmieniła w tej podróży. Na pewno wielkim błędem było poświęcenie Krymowi tylko dwóch tygodni. To mało. Bardzo mało. To
tak jak nic. Liznęłam tylko Krym. Ledwo spojrzałam. Nie nawąchałam się nim. Nie
pobyłam. Za dużo chciałyśmy zobaczyć więc tylko pobieżnie, po łebkach
przeleciałyśmy z miejsca na miejsce. A tam jest na miesiąc, na dwa miesiące. Na
wędrowanie po stepach, na wspinanie po górach, na pływanie po i w morzach i na
ludzi. Za mało mi było ludzi. A to pierwsze państwo gdzie spokojnie mogłam gadać,
rozumieć i być rozumianą. I ludzie są na Ukrainie a może tylko w Autonomicznej
Republice Krymskiej bardzo życzliwi, otwarci, pomocni.
Krym jest piękny.
Bardzo dobrze, że wybrałyśmy początek czerwca.
Okazuje się, że sezon dopiero rozpoczyna się 1 lipca więc ludzi było nie za
dużo. Autobusy puste. Nie trzeba było z
wyprzedzeniem kupować biletów na przejazdy z miasta do miasta. Plaże lekko
zatłoczone. Bufety, jadłodajnie, budki z jedzeniem puste. Miejsca pełno. Nie
wyobrażam sobie sezonu. Nie wyobrażam sobie upału w sezonie! Już teraz miałyśmy
zalążek żaru z nieba. Kamienie paliły, piasek palił. Nie było czym oddychać. Plaże
wyludniały się od 11 do 15. Tylko cień dawał wytchnienie. I chłodnik. A było
raptem po 35 – 38 stopni w cieniu.
Podróż nam się rozpoczęła od tego, że taksówka
zamówiona nie przyjechała na czas i w wielkiej panice szukałyśmy o 4 rano nowego środka transportu. Szczęśliwie
dobrnęłyśmy na dworzec przed odjazdem pociągu. Pociąg na peron wjechał,
zatrzymał się, wsiedliśmy (siedem osób) i okazało się, że w naszym przedziale
urzęduje lekko wczorajszy opiekun wagonu. No, brud w przedziale okropny. Do
tego toaleta jedna na 30 osób i brak
klimatyzacji. Ale przecież jedziemy na Krym. Nic nam nie może zepsuć humoru.
Wypakowałyśmy się z prowiantem na stół. A prowiantu jak na miesiąc podróży. Wypakowałyśmy
się z ciuchami. To miało być na deszcz, to jak będzie chłodno, to jak będzie
pod górkę. Przez cały pobyt chodziłam w jednych krótkich spodenkach, dwóch
bluzeczkach, jednej spódnicy i jednej szmacie, która służyła w zależności od
potrzeby: albo jako ręcznik, albo jako turban na głowę, albo jako sukienka.
Cała reszta rzeczy robiła za ciężary do noszenia. Pała z pakowania. Mam
nadzieję, że się poprawię na następnej wyprawie.
Pierwszy przystanek dłuższy to granica i zmiana
podwozia. To zawsze trwa i trwa. Granica. Cóż. Trochę zapomniałam jak to na
granicy ładnie i, że celnicy i straż graniczna są władzą i nie muszą być mili,
uśmiechnięci i sympatyczni. I, że to oni noszą broń i wszystko mogą a my to
petenci tylko. W powrotnej drodze było zdecydowanie sympatyczniej. Mało ludzi,
dwie toalety, miła obsługa. A na granicy
przemyt na wielką skalę. Po wjechaniu do
Polski okazało się, że każda śrubka (kiedy i jak pasażerowie to zrobili?) była
śrubką do schowka na tony szmuglowanych papierosów.
Ja już nas sprawdzono i zmieniono podwozie została już
sama przyjemność czyli jazda przez całą Ukrainę do Simferopola. Bez przygód,
spokojnie w zaduchu, z kolejkami do toalety. Pierwsza czynność w Simferopolu to
było kupno biletów na powrót do Polski. Tak internauci i podróżnicy zalecają i
tak zrobiłyśmy. W Warszawie nie chciano nam sprzedać biletu powrotnego. Nasi
współspacze z pociągu jakimś sposobem bilety zakupili więc oni nie musieli się
martwić o nic. Jechali do już zaprzyjaźnionej rodziny w Eupatorii, jechali do
wód, zdrowotnie. Mieliśmy się ponownie spotkać w podróży powrotnej.
Żeby kupić w Simferolopu bilet należało udać się do
miasta. Pierwsze miejskie podróżowanie. Trochę się pogubiłyśmy. Na przystankach
nie ma rozpisanej trasy, nie wiadomo w jaki busik wsiąść i gdzie wysiąść. Poszłyśmy
pieszkom. Cena za bilet, miało być taniej, trochę mnie zaskoczyła. Albo
przelicznik inny, albo dane w Internecie stare. Wymieniłyśmy też pieniądze i
rozpoczęłyśmy zwiedzanie Simferopola a potem
podróż po Krymie. Był i Bakczysaraj z szukaniem po nocy noclegu (trafiłyśmy a
właściwie przydybał nas podrostek – od mamy ma 10% za doholowanie turystów), z
Pałacem Chanów i Skalnym Miastem. Była i Bałakława z twierdzą, plażą i
szukaniem, tym razem po nocy naszej opłaconej już kwatery (została nam w
pamięci jedna cyfra ale okazało się, że to numer mieszkania, nie domu).
Zwiedzałyśmy Sewastopol, pieszo i po morzu. Potem Jałtę z przecudnymi parkami i
Liwadię z pałacem carskim, Jaskółcze Gniazdo – restaurację nad przepaścią, Aj
Petri – górę z kolejką i drzewkami, na których zawiesza się wstążeczki i to
daje gwarancję spełnienia marzeń. Ałusztę i Ałupkę i Artek. Plaże, parki,
miasteczka. Morze niestety zabetonowane, spacerować nie można, wchodzić do
różnych miejsc nie można. Nie ma drogi na skróty. Każda kończy się płotem ale
miejscowi za niewielka opłatą mogą poprowadzić sobie znanymi skrótami. Nie
skorzystałyśmy. Potem był Sudak i
wszystko co wokoło i delfiny w wodzie z plażą nudystów. Stary Krym. Feodozja.
Koktebel. Żadnych kłopotów z podróżą, żadnych kłopotów z noclegiem, żadnych z
jedzeniem. Smacznie i tanio. Nauczyłam się robić akroszkę i płow. Znajomi jedli.
Byli zachwyceni i chcieli jeszcze.
Na koniec przygody krymskiej zaplanowałyśmy kąpiele
w morzu azowskim, błota zdrowotne i wulkany błotne. Nasze marzenia mieściły się
to na końcu świata. Hen, hen, daleko. Pod
granicą morską z Rosją. Do Kierczu dojechałyśmy niestety po odjeździe
ostatniego autobusu, busu do miejscowości nad morskoazowskich. Upał, choć to
była już 20:00 i duchota panowały okropne. Pozostawał nam nocleg w Kierczu,
dużej miejscowości lub taksówka. Wybrałyśmy taksi. I dałyśmy się „wydoić”
niemożebnie. Wstyd o tym pamiętać
Ale dojechałyśmy na zachód słońca, znalazłyśmy kwaterę,
zakupiłyśmy kolację i wykąpałyśmy się w ciepłym, płytkim morzu. Kurortnoje
to ostatnia z ostatnich wsi na mapie, asfaltu już tam nie ma tylko polne drogi,
morze, trawy, trawy i zachwycające widoki. Piasek, muszelki, ciepłe morze,
bardzo ciepłe morze – około 26 stopni. Bajka. Raj. Gdyby nie śmieci i komary. Dobrze,
że u nas są służby sprzątające. Bo pewnie też wyglądalibyśmy jak na śmietniku.
Butelki plastikowe i worki foliowe. Gdzie okiem sięgnąć a człowiek doszedł, tam
pozostawił po sobie ślad niezniszczalny.
Morze azowskie kojarzyć mi się będzie więc z
komarami gryzącymi niemiłosiernie przez 30 minut dziennie, błotami zdrowotnymi,
poznanymi ludźmi i śpiewami - rosyjsko, ukraińsko, polskimi. Umiem tylko pieśni
wojenne, partyzanckie i bardzo stare polskie przeboje. W moim repertuarze nie
zabrakło też Santorki i Okudźawy. Mam nadzieję, że nie zbłaźniłam się
muzycznie. Śpiewaliśmy naprzemiennie. Oni ukraińskie, ja polskie, oni
rosyjskie, ja rosyjskie. Do tego herbata z ziół, czereśnie z drzewa i rozgwieżdżone
niebo.
Rano chodziłyśmy na błota. Cóż. Polecam gorąco. Radość
i zabawa. Jezioro blisko morza.200 metrów. Każdy „kuracjusz” idzie nad jezioro,
okłada się błotem, lub pływa w błocie lub leży w błocie – techniki różne. Każdy
ma własną. Potem idzie do morza na spłukanie
się i z powrotem do błota. Na początku bardzo ostrożnie nakładałam na siebie
czarne mazidło, i bardzo uważnie przyglądałam się czy nie dostrzegę jakiś
żyjątek na ludzkich ciałach (wszystko to po przeczytaniu jakiegoś reportażu o
jakiś błotach, w których główną rolę grały właśnie białe robaczki). Ale okazało
się, że błota są czyste. Więc maziałam się łącznie z twarzą.
I tak na błogim leniuchowaniu upłynęły nam ostatnie
dni.
W powrotnej drodze zdążyłyśmy przebiec się po
Kijowie.
I to było wszystko. Została opalenizna. I kilkaset
zdjęć, które ponieważ są w komputerze
nie będą przeze mnie nigdy oglądane.
Mam znowu ochotę na Krym. Mam ochotę na inne państwa
i miasta wschodu. Mam ochotę na podróżowanie. Na kontakt z ludźmi, na widoki i
na krajobrazy. Nawet nie trzeba było mieć tak dużo, dużo pieniędzy. Na pewno
trzeba było mieć trochę zdrowia i dobrą kompanię. Całą resztę da się obejść,
przeżyć, załatwić.
XXX
W te wakacje jeszcze czeka mnie, jak dobrze pójdzie,
kilka dni na kajakach, kilka dni nad morzem, i za tydzień na tydzień Wiedeń.
Ale najważniejsza latem to działka
rodziców. Co bym w upały bez niej zrobiła? Bycie w mieście, bez balkonu i nad
ruchliwą ulicą jest dla mnie nie do wytrzymania. Cierpię wiosną i latem i
jesienią. A najmniejszy skrawek zieleni daje mi wytchnienie.
XXX
Umówiłam się na badania. CD4 i wiremię Od ostatniego
badania minęło już 7 miesięcy. Od dwóch dni brakuje mi też leków. Na czwartek
zapisałam się do stomatologa. Niewiele do naprawy mi zostało. Kruchutkie i
wypłukane z wapnia podobno. Najchętniej wstawiłabym sobie implanty. Cena mnie
tylko przeraża. I to, że mogą się nie przyjąć. Ale teraz są jeszcze wakacje. O
wydatkach życiowych pomyślę we wrześniu.
Nareszcie wakacje. Dwa tygodnie na Krymie. Trochę nie wierzę, że jedziemy i to już za dwa dni.
Waluta w kieszeni, bilety kupione, humory dopisują ale plecaki jeszcze nie
spakowane, planów zwiedzania nie ma, noclegów niema i powrotnych biletów też
nie ma. Chciałabym wrócić na 20 czerwca, dopisałam się nawet do listy do
głosowania ale jak się okaże, że morze jest ciepłe, jedzenie pyszne a ilość
zabytków i ciekawych miejsc nieograniczona to może zostaniemy dłużej. Wybory
wyborami a odpoczynek – wymarzony. Na
samiutkim początku planowania podróży skład grupy miał wyglądać zupełnie ale to
zupełnie inaczej, miał się odbyć w zupełnie innym terminie i miał przebiegać zupełnie inną drogą. Trochę
się wszystko na wariackich papierach porobiło.
Nie mamy zarezerwowanych noclegów i czeka nas przemieszczanie się z
miejscowości do miejscowości. Rano zwiedzanie, w południe może plażowanie,
wieczorem również zwiedzanie i … zmiana
miejsca i dalej i dalej. Zainteresowania też każda z nas ma inne ( okazało, że jedziemy
we trzy kobiety). Ja widoki i morze Azowskie, może stepy, dziwy natury, kąpiele
błotne. Koleżanka wspinaczka skałkowa i co Bóg da. Mówi, że się podporządkuje
pozostałym podróżniczkom. Druga koleżanka chyba nie do końca wie na co jedzie,
i z kim. Myślę, że bardziej jest nastawiona na spokojne łazikowanie, bez
pośpiechu i wariactwa (przed chwila powiedziała, że chce jednak poszaleć bo
wyczytała, że w Jałcie można na wielbłądzie pojeździć). Można powiedzieć, że
jedziemy w ciemno. I do końca nie mamy sprecyzowanego niczego!!!
Będzie wesoło. Albo wręcz przeciwnie.
Na początek czeka nas ponad trzydziestogodzinna
podróż. Może to będzie czas na pewne, chociażby malutkie ustalenia. Już tak raz
podróżowałam bez planów, nie wiedząc gdzie jestem i mijałam na wyciągnięcie
ręki cuda natury, perełki architektury i nie obejrzałam niczego. Taka abnegacja turystyczna.
Oprócz jedzenia i ubrania każda z nas bierze leki.
Dużo leków. Do tej pory podróż za granicę to dla mnie ciągle lekki stres - że będą
pytać co to za kilogramy tabletek wiozę ze sobą. Trochę inaczej czuję
się przy przekraczaniu granicy lotniskowej na „zachód”. Jakoś tak uważam, że
zachód jest bardziej tolerancyjny i obeznany z HIV, że tam się nikt nie będzie
niczemu dziwił. I jakoś ciągle mi się wydaje, że i o lekarza łatwiej tam niż
tam. Mam nadzieję, że żadnej nic się nie
stanie. Złamania, grypy, zatrucia ominą nas łukiem. Ale profilaktycznie
wbiłam w komórkę numery telefonów do przyjaciół ukraińskich. Zawsze podróżuję z
podręcznym spisem ludzi od języka kraju w którym jestem. Nieraz uratowało mi to
moje cztery litery.
I mam nadzieję również , że poradzimy sobie z
językiem rosyjskim. Bo to na mnie ma spoczywać zaszczytny obowiązek dogadania
się. Zrobię sobie słownik wyrażeń ważnych i niebędnych – np. Kto widział moją
koleżankę. Jak wrócić do Polski? Gdzie jest mój pociąg? Chcę dużo i smacznie
zjeść.
Wyjazd już za kilka dni. Oby słońce było jasne, nogi
sprawne, buty wygodne, plecaki do noszenia i pieniędzy na przyjemności pod
dostatkiem.
A potem konferencja w Wiedniu.
W lipcu czeka mnie następna przygoda językowa. Tym
razem wWiedniu. Dzięki organizacji kobiecej mogę brać udział w
konferencji AIDS2010. Po raz pierwszy od 11 lat. Jestem bardzo wdzięczna Astrze
i Federacji na Rzecz Kobiet, że umożliwiają mi kontakt ze światem. Tylu nowych
rzeczy można się dowiedzieć. Tyle rzeczy podpatrzeć. I nareszcie nie będę tylko
biernym słuchaczem tego co się mówi o Polsce ale będę mogła być aktywną
uczestniczką przekazu informacji. Wiele ludzi jedzie na konferencję. I każdy
tak naprawdę ma do przekazania swoja prawdę o HIV/AIDS. Każdy reprezentuje
interesy innej grupy. Każdy co innego chce osiągnąć .
Problem dla mnie jest jeden. Tylko jeden. Ja tam mam
rozumieć po rosyjsku. A będą i wystąpienia, i zajęcia, i sesje, potem spotkania
towarzyskie, zawiązywanie współpracy, nawiązywanie znajomości. Czeka mnie intensywne zbieranie
danych o HIV. Chcę przygotować informację o tym co u nas się robi w obszarze HIV (oprócz leków), co
dla kobiet, co dla gejów, co dla heteroseksualnych, co dla par +,_itd., itp.
Mam nadzieję, że zdążę. Tylko czas mi się dziwnie skraca. Mam nieodparte
wrażenie, że doba ma 12 godzin a tydzień tylko 5 dni. Więc to co kiedyś
rozkładałam na siedem teraz muszę zdążyć w pięć dni.
Odpoczynek.
Udało się. Nie wiem jak. Udało mi się dwa pod rząd
„wychodne” spędzić cudownie, pięknie, w ruchu, z przyjaciółmi.
Byłam na rowerach, byłam na kajakach. Kapałam się w
jeziorze. Śmiałam się. Wiosłowałam, Pedałowałam. Mokłam. Chodziłam. Biegałam.
Beztrosko. Bez obowiązków. Bez myślenia. Pełna wolność.
A jeziora nad którymi byłam to są moje dawne
wspomnienia. Jeździłam tam z przyjaciółmi.
Wyprawy na Grunwald, płynięcie w
górę rzeki, do źródeł. Wypady w kilka kajaków, łódki i żaglówki na lody do
sąsiedniego miasteczka. Dzikie plaże i gryzące w pośladki komary.
Pozostały zdjęcia po ludziach, którzy
odeszli. Z którymi chciałam i którzy chcieli ze mną.
A teraz , albo ja nie chcę, albo inni nie chcą, albo
po prostu nie dla nas ten czas, nie ta wspólnota. Nie ta pogoda. Nie wiem. Coś jest inaczej. A mi brak. Taka pustka koleżeńska się pojawiła i
trwa. Chyba to jednak wina czasu. Się po
prostu skurczył. Trzeba znaleźć jakieś magiczne odklęcie żeby znowu zostały
przywrócone odpowiednie proporcje życia!!!.
xxx
Mojej przyjaciółce zmarł brat. Kochany, jedyny brat.
xx
Wracam do Warszawy po dobrym, pracowitym weekendzie.
Uwielbiam zmęczenie fizyczne bo w pracy raczej siedzę. Albo mówię i siedzę,
albo piszę i siedzę. Każda więc możliwość piłowania, rąbania to dla mnie czysta
rozkosz. Tym bardziej, że czeka mnie intensywny tydzień przed urlopem.
31 maja
Coś mi weszło w nogi. Zastanawiam się od czego to
może być. Szłam szybko do tramwaju i w pewnej chwili nie mogłam zrobić kroku
dalej. Czułam jakby moje nogi przebiegły maraton i już nie mogły dalej zrobić
żadnego ruchu. Takie jakieś ciężkie, ołowiane, drewniane, osuwające się,
omdlałe. Przystanęła i stałam i stałam i stałam. To mi się zdarzyło drugi raz.
Tym razem trwało dłużej. Miałam wrażenie, że nogi są osobno i zaraz się ze mną
przewrócą. Najlepiej chodzić z krzesełkiem. I w nagłych wypadkach umościć sobie
odpoczynek.
Wypadałoby pójść do lekarza.
Ale nie byłam u lekarza już dawno
Powinnam powtórzyć wyniki. Powinnam zrobić
mammografię, powinnam jeszcze kilka rzeczy pozałatwiać. Zadowolona jestem bardzo bo do końca zrobiłam
porządek z uzębieniem. Znalazłam taką miłą, sympatyczną, niezbyt drogą panią
stomatolog. To moje zmagania z HIV. Chciałabym jak inni. Żeby było tak
zwyczajnie, z dbałością, z szacunkiem. Nie lubię być misiaczkiem, moim
milusińskim, rybeńką itd. Więc chodzę prywatnie tam gdzie mogę pozwolić sobie
finansowo. I przez moment czuję się jak zwykła osoba.
Noc
No nic. Na dziś kończę. Za kilka godzin wyruszamy. W
nieznane. Będę robiła dużo zdjęć, żeby potem mieć co wykasować. Plecak waży za
dużo. Tym bardziej, że go nosić trzeba. Obdzwoniłam, pozałatwiałam,
ubezpieczyłam się, dokupiłam jeszcze hrywien, i czekam na pociąg.
Mam nadzieję, na udane wakacje i wspaniałą pogodę.
Trudno mi było pisać w kwietniu o kwietniu. Za dużo się
działo, za smutno.
xxx
Moja guru i przemijanie
Wróciłam właśnie ze Szwecji. Byłam u mojej guru. Dobroci,
serca, mądrości, życia, altruizmu. Bycie obok niej, z nią, przy niej zawsze ładuje
mi akumulatory i sprowadza z manowców na dobrą drogę. Jest dla mnie
niedoścignionym wzorem bycia dobrym człowiekiem.
Mówię o Janinie Ludawskiej, wspaniałej wolontariuszce, opoce
osób zakażonych w dawnych latach wieku poprzedniego.
W 1986 roku po śmierci ukochanego, jedynego syna rozpoczęła działalność w Arce Noego –
szwedzkiej organizacji zajmującej się problematyką HIV i AIDS. 20 lat była tam
wolontariuszką. Od 1989 zaczęła przyjeżdżać do Polski, żeby również tu pomagać
w rozwijaniu organizacji zajmujących się HIV/AIDS. Przez kilka lat, kilka razy
w roku odwiedzała Gdańsk. Pomieszkiwała w szpitalu aby być jak najbliżej osób
potrzebujących jej wsparcia, bo większość czasu spędzała na oddziałach
rozmawiając z osobami zakażonymi. Często będąc dla nich jedyną bliską osobą. Prowadziła
również zajęcia informacyjne o HIV w szkołach, na uczelniach, m.in. na
Uniwersytecie Gdańskim w instytucjach kształcących nauczycieli lub personel
medyczny. Gdzie tylko się dało przekazywała informacje o HIV i AIDS. Podejmowała
tematy związane z narkomanią, życiem seksualnym, alkoholizmem. Na początku lat
90-tych odwiedzała również chorych w więzieniach oraz prowadziła wykłady dla
personelu medycznego w szpitalach.
Kiedy w Polsce nie było leków (np.: retrowiru, leków na cytomegalie)
to właśnie Janina organizowała leki w
Szwecji i przywoziła je do polskich klinik i szpitali. Organizowała zbiórki,
przechowywała, wysyłała lub woziła je ze Szwecji dla polskich chorych. Tak było
jeszcze do 1997 – 8 roku.
Nikt i nigdy nie obliczy ilu młodych ludzi dzięki niej
uratowało swe życie.
Tłumaczyła na język polski broszury, ulotki, książki o
HIV/AIDS. Organizowała zajęcia, szkolenia, warsztaty. Starała się przekazać
całą wiedzę dostępną w krajach Europy Zachodniej i dostosować ją do warunków
polskich.
Kiedy w Arce w centrum Sztokholmu istniał Dom Gościnny dla
osób żyjących z HIV i AIDS postarała się aby mogły z niego korzystać również osoby z Polski.
Zdarzało się, że opłacała pobyt w szpitalu nieodpowiedzialnym
polakom, którzy przyjeżdżali do Szwecji bez ubezpieczenia.
1 grudnia 1996 roku została uhonorowana „Czerwoną Kokardką”,
która jest symbolem solidarności z osobami żyjącymi z HIV i AIDS, ich rodzinami
i przyjaciółmi przyznawaną w Polsce osobom zaangażowanym w walce z AIDS.
14 lutego 2001 roku za swoją działalność została nagrodzona Humanitarną
Nagrodę Bandos przyznawaną w Szwecji osobom szczególnie zasłużonym w
działalności humanitarnej. Większość nagrody przekazała na pomoc i wsparcie
walki z HIV i AIDS w Polsce.
O Janeczce pamiętają jeszcze ostatnie dinozaury, ludzie od
początku epidemii związani z działaniami na rzecz HIV/AIDS, może jeszcze
indywidualni ludzie, z którymi się kiedyś spotykała.
Czy Nowi wiedzą jakie były początki HIV/AIDS w Polsce? Czy
Nowi wiedzą, że świat nie rozpoczął się od ich działalności? Nie wiedzą. I to
zupełnie jest bez znaczenia. Bo moja historia czyli historia świata rozpoczyna
się od moich urodzin.
Ale i dla mnie to nauczka. Bo dopóty się jest, dopóki się
jest. Szkoda, że w większości przypadków pamiętamy o ludziach dopiero po ich
śmierci, mówimy wtedy wzniośle o ich życiu, ich pracy, piszemy piękne wzruszające,
ostatnie przemówienia.
A wystarczyłoby wysłanie kartki. Dopóki jest do kogo pisać.
Niewygodnie mi z tą wiedzą. W moim życiu też jest kilka
osób, które pomogły mi, wsparły, wyprostowały. A ja nie mam czasu do nich
przedzwonić i podziękować za to co dla
mnie zrobiły, za to że były, kiedy innych nie było. A czas leci nieubłaganie. Mój czas też. Zbieram się w sobie i zbieram i
zbieram. Jak tylko przestanie padać….
xxx
Szwecja, kraj dla ludzi.
Wróciłam ze Szwecji. Nienawidzę latać samolotem. Ale nie
miałam czasu na prom. Zarówno w jedną jak i w drugą stronę były turbulencje.
Objawy paniki pełne.
A potem. Nie dość, że mam leki przed lataniem to dopadł mnie
lęk wysokości. Nie w samolocie. Na ziemi. W teatrze. Na trzecim piętrze, w
pierwszym rzędzie. Naprzeciwko siebie miałam kryształowy żyrandol. A pod sobą –
przepaść. Pierwszy akt siedziałam wczepiona w fotel. Zmieniłabym miejsce ale nie
mogłam wstać! Siedziałam jak sparaliżowana. Na przerwie zmieniłam miejsce.
Gorzej widziałam ale widziałam cokolwiek. Co za pech z tymi cholernymi lękami.
I to z roku na rok coraz gorzej. Planowane Himalaje w roku przyszłym chyba będą
nie realne. Chyba, że jakaś terapia lękowa?
Ale nie o tym chcę napisać.
Ilekroć jestem w Szwecji tylekroć zadaję sobie pytania -
dlaczego? Dlaczego Szwecja jest krajem dla ludzi? Dlaczego jest tyle ławek do
siedzenia? Dlaczego chodniki są proste? Dlaczego autobusy jeżdżą zgodnie z
rozkładem jazdy? Dlaczego kierowca nie szarpie autobusem i ludźmi tylko jedzie
płynnie? Dlaczego z rur wydechowych nie wylatuje czarny dym? Dlaczego przy
większości dróg są trasy rowerowe? Dlaczego w mieście nie ma trzy pasmowych
ulic? Dlaczego są deptaki? Dlaczego są ekrany przeciw hałasom? Dlaczego są duże
okna w domach? Dlaczego nie ma płotów dzielących i odgradzających? Dlaczego
woda w kranach nadaje się do picia? Dlaczego na trawie można leżeć? Dlaczego
psy biegają na smyczy (po parkach, ulicach, lasach)? Dlaczego nie ma zakazu
kąpieli? Dlaczego jest tyle miejsc dla
ludzi? Dlaczego Sztokholm ma tyle linii metra? Dlaczego ludzie zarabiają godnie
i mogą żyć godnie? Dlaczego jest tyle placów zabaw dla dzieci? Dlaczego
autobusy są niskopodłogowe i dostosowane do wózków? Dlaczego nie ma smogu w
mieście? Dlaczego emerytów stać na lekarstwa i na wypoczynek? Dlaczego rencista
może spokojnie żyć z renty? Dlaczego przeceny markowych ubrań są w cenie 20 -
30 zł!!!!! Dlaczego benzyna jest po 6 zł przy dochodach średnich na rękę
10000 zł? Dlaczego?
Niestety, nie dzieli nas tylko 1 godzina 40 minut lotu.
Dzieli nas znacznie więcej i dłużej. I nie mam złudzeń, żeby to się zmieniło.
xxx
Samotność i lampa na spanie.
Na lotnisku nikt na mnie nie czekał. Nie mam na kogo liczyć.
Samotność ma to do siebie, że nikt nie marudzi nad głową i nie musisz się
spieszyć do domu. Ale samotność ma to do siebie, że nikt nigdy nie będzie na
lotnisku czekać. No cóż. Wybór był mój. I ogólnie nie narzekam. Bo jak jestem
silna i zdrowa to i samotność jest pozytywnym doświadczaniem życia i siebie.
Więc muszę dbać o swoje zdrowie, żeby jak najdłużej móc cieszyć się moją,
wybraną samotnością.
Dostałam lampę na spanie.
Mam przez dwa tygodnie, rano, pomiędzy godziną 6 i 7 lub 7 i
8 naświetlać się. To pomoże mi w wydzielaniu własnej melatoniny w odpowiednim czasie, zasypianiu około
godziny 22 i spaniu 7 – 8 godzin w ciągu nocy.
Pobocznym, ubocznym efektem tej mojej lampy może być
leczenie depresji. A chyba ona mnie
dopadła i nie odpuszcza. Tylko się dziwnie zacieśnia. Nie żeby wokół szyi ale
dusi w klatce piersiowej. Tak jakbym tchu czasami nie mogła złapać. Za dużo
śmierci wokoło. Za dużo chorowania wśród znajomych. Myślałam, że jestem taka
wyterapeutyzowana i sama sobie poradzę. Guzik z pętelką. Nie radzę sobie.
Ponaświetlam się więc dwa tygodnie i zobaczymy czy znowu
trawa będzie zielona i ludzie uśmiechnięci i życzliwi. Czy trzeba będzie
zdecydować się na jakieś cud specyfik rozświetlający mroki życia!
A do tego jeszcze wiek mi się przyplątał. Jakieś początki
klimakterium. Bójcie się moi znajomi. Nie mogę brać żadnych hormonów. W grę
niestety weszła dziedziczność i rakowość. Niby nie koniecznie muszą następować
zmiany w osobowości. Ale przypominając sobie moje zmagania z interferonem i
pełne szaleństwo, które mnie wtedy ogarnęło mam pewne obawy o swoją głowę. I
zupełnie nie wiem gdzie się zwrócić o pomoc.
To, że mi gorąco i telepania serca ni z tego ni z owego się
pojawiają to nic. Objawy fizyczne do przejścia zawsze i wszędzie. Ale obawy mam
o to, co mi głowa może zgotować. Nawet myśleć o tym nie chcę. Jak nie myślę to
może nie będzie.
Z książek wyczytałam, że więcej odpoczynku ale też więcej
sporu i rekreacji w okresach przejściowych się kobietom należy.
Wyjeżdżam więc w ramach dbania o siebie na odpoczynek, na wakacje i mam nadzieję, że znajdę czas na
przemyślenia i znajdę rozwiązanie dla siebie najlepsze, które mi pozwolą na
wykorzystanie życia na Maksa, do końca, do krwi ostatniej, żeby potem nie
żałować, że życie przeminęło a ja ciągle w przedsionku. Wolność finansowa mi
się marzy. Wiele zależy od portfela ale wiele zależy od myślenia. I w związku z
tym powraca do mnie, za każdym razem pod zmienioną trochę postacią, myśl o wspólnym
zamieszkaniu z przyjaciółką. Jak na razie idea w sferze marzeń. Bo mieszkanie
wspólne to jednak wyrzeczenia i kompromisy. Może się okazać, że tego nie
uniesiemy. I chociaż się nawzajem lubimy to wspólnota nas podzieli, poróżni,
skłóci. I ani mieszkania, ani przyjaźni.
xxx
Na piątek mam przygotować tekst przewodnika o mieście
Astrachań. Niczego się nie nauczyłam i niczego nie przygotowałam. Umysł mi się
sfilcował i nie przyjmuje niczego nowego.
Wielkie pokładam nadzieje w lampie.
Trochę się czuję jak Alladyn. Albo Dżin spełni moje
marzenia, albo … nie spełni.
Wolałabym, żeby spełnił. Nie tylko dotyczące spania. Mam
jeszcze kilkadziesiąt marzeń zaplanowanych na najbliższych kilkadziesiąt lat.
Popatrzyłam
w kalendarz i trochę ścierpła mi skóra. Już minęły trzy miesiące roku. Kiedy to
zleciało?
Manifa
7 marca
brałam udział w Manifie. Dużo ludzi, kolorowo, wesoło i pogoda dopisała. Może
nie ze wszystkimi hasłami i postulatami Manify się zgadzam ale jak najbardziej
chcę, żeby kobietom w Polsce żyło się lepiej, żeby były żłobki i przedszkola, i
miejsca pracy, i wynagrodzenia pozwalające żyć i odpoczywać, i posiadać
emeryturę na przyszłość.
Mam
wrażenie, że z roku na rok jest biedniej. Widzę to po sobie. Z roku na rok mam
niższe dochody przy znacznie większej ilości pracy. Ale jeszcze na odpoczynek
wakacyjny mogę sobie swobodnie pozwolić i na kino (teatr już nie), i na pójście
na basen, czasami na dobry koncert w filharmonii, i na wyjazdy poza zatłoczone
miasto.
XXX
Ostatnio
miałyśmy kolejne „babskie spotkania” i powiem, że bardzo smutno się robiło przy
słuchaniu opowieści o coraz większej biedzie w naszych rodzinach. Renty nie
renty, stan zdrowia stanem zdrowia a coraz więcej z nas wyjeżdża na zarobek „na
obczyznę” bo tu albo nic nie mogą dziewczyny znaleźć albo płaca jest poniżej
jakiegokolwiek minimum. Najbardziej wstrząsnęła mną opowieść dziewczyny z
Polski, która zarabia tak mało, że nie stać jej na dojazdy do pracy! Ratunku!
Ona też zamierza wyjechać za chlebem. To, że jej stan zdrowia jest nie
najlepszy ? to, że powinna być pod opieką medyczną? a co to kogo obchodzi?
Zostawia dwójkę dzieci pod opieką babci? Cudownie, że babcia jest i się
zaopiekuje wnukami. Ma tak niskie dochody, że nie stać jej nie tylko na dojazdy
ale i na opłacanie ubezpieczenia, w związku z tym nie może się leczyć. Więc
terapia ARV jest nie dla niej. Coraz bardziej popada w zadłużenie.
A takich
opowieści słucham wielu. O ludziach, którzy za wszelką cenę chcą żyć. Ale nie
mają ku temu szczęścia.
ARV
W dalszym
ciągu trwają perturbacje z lekami. Co osoba, co instytucja to inna opinia. Jaka
prawda ? Nie wiadomo. Będą leki? Czy ich zabraknie? Wystarcza 3500 zł na łebka
czy absolutnie nie. Czy środki finansowe
zostaną wyczerpane za szybko? I co wtedy?
A codziennie
dwie nowe osoby dowiadują się w Polsce o swoim zakażeniu. Często wirusem już
przeleczonym, znaczy są to kontakty z osobami świadomymi swojego zakażenia.
Atripla jest
wycofywana - pacjenci i pacjentki dostaną ją do wyczerpania zapasów. Potem
zmiana leków. Może na korzystniej?
Truvada również pod znakiem zapytania. Chyba się okazało, że jest za
droga. Druga krążąca, nie zweryfikowana prawda to to, że brak Truvady
spowodowany jest mocami przerobowymi producenta, firma nie wyrabia się z
produkcją leków – takie jest duże
zapotrzebowanie na leki. Jak na razie
więc pacjenci z Truvady przejdą na rzecz identyczną tylko tańszą – to znaczy okazało się, że dwa składniki
Truvady zakupione osobno są tańsze niż te same dwa składniki połączone
razem. A potem ? A potem firma postanowiła produkować tylko
droższą postać leków czyli dwa w jednym. Więc znowu przejdziemy na Truvadę ale
czy wszyscy?
W
Polsce na początku 2009 roku 40% pacjentów i pacjentek było na truvadzie. Nie
wiem jak jest w roku 2010.
Nauczka dla mnie jest taka, że zawsze warto się zastanowić zanim podejmie
siędecyzję o zmianie leków. Nawet jeżeli proponowany lek jest cudowny i
jest lekiem na całe zło, to jeżeli państwa polskiego nie stać na jego zakup, to
co mi po jego cudzie? Może pora zastanowić się nad polityką lekową firm, w
której my pacjenci i pacjentki jesteśmy istotnym elementem. My te leki łykamy.
Może pora zawalczyć, wspólnie, o obniżenie cen leków. I dla siebie i dla
innych? Może na przykład zrezygnować z leków firm, która nas przeraźliwie doi.
No
tak, ale u nas i tak jest lepiej niż za naszą wschodnią granicą. Ciągle słyszę,
że powinniśmy być wdzięczni i cieszyć się, że urodziliśmy się tu i, że nie ma o
co walczyć. Bo tu jest dobrze. I niewdzięcznością się wykazujemy wielką
domagając się, żeby było lepiej. Cholernie mnie to irytuje. Bo wdzięczna jestem
i co ma niby wynikać z mojej wdzięczności dla moich przyjaciół, którzy nie mają leków na swoje choroby, a leki te są dostępne bez
ograniczeń za naszą zachodnią granicą. Takie demagogiczne gadanie. Okrutne. I
znów dzielące na Nas pacjentów i Nas nie pacjentów. Na lepszych i gorszych.
Wdzięcznych i niewdzięcznych. Agresywnych , niedobrych i pokornych,
zadowolonych z tego czego nie ma. A często nie ma możliwości leczenia. Aktualnie jeszcze zdrowi ciągle zapominają,
że KAŻDY jest pacjentem. Tylko niektórzy z pieniędzmi a niektórzy na państwowym
ubezpieczeniu. Odsuwam się od osób
mówiących o wdzięczności. Nie chcę poznać co kieruje ich językiem. I nie chcę
odczuwać empatii. Chcę żebyśmy wszyscy mieli leki.
Druga
opowieść nie dotycząca HIV.
Karetka pogotowia nie mogła dojechać do
naszej koleżanki ponieważ . . . pogotowie
ratunkowe nie dysponowało karetką! Zalecono dojechać własnym transportem do
Warszawy, do szpitala. Dobrze, że chociaż numer na centrali działał, żeby
udzielać informacji, że dziś służba zdrowia jest niedostępna i że musimy sobie
same pomóc. No i proszę. Pomoc dobrosąsiedzka okazała się skuteczna. I udało
się bez lekarza. Jeszcze raz się komuś udało.
Może w dystrybutorni powinien siedzieć
lekarz udzielający fachowej porady jak udzielić fachowej pomocy? Bo jeżeli jest
za mało karetek i zespołów medycznych znaczy „człowieku lecz się sam”.
Słyszałam o takich sytuacjach w telewizji.
Ale doświadczyć tego na własnej skórze to zupełnie co innego. Czułyśmy
się zupełnie bezradne. I jak to dobrze skąd inąd mieć samochód i mieć trzeźwego
kierowcę. Zawsze można służyć jako karetka.
A co u mnie?
Święta
Wielkanocne za tydzień!
Jestem
zmęczonaaaa. To co, że to nic nowego. Jestem potwornie zmęczona. Wszyscy mówią,
że to wiosna. Tym razem uwierzę.
Wiosna
przyszła i pozwoliła zrzucić z siebie ciężkie, grube odzienia. Może by trzeba
było odświeżyć wizerunek? Jakiś kolor włosów, kilka kilo w jedną albo w drugą.
Nawet przytycie to też jakaś zmiana. Maseczki na szarość, albo nowy ciuch. Nic
mi nie przychodzi do głowy. Oprócz jednego – Działka.
Szykuję się
do prac polowych na działce. Marzę o ziemi. Nie wiedziałam, że tak bardzo
brakuje mi zanurzenia rąk w wilgotnej ziemi, palenia suchych liści, grabienia.
Może znajdę czas i na spacer i na myślenie. A mam o czym. Podjęłam ważną
decyzję. Powoli wcielam ją w życie. Chcę przez jakiś czas być odpowiedzialna
tylko za siebie. Za nikogo innego. Chcę pojeździć na rowerze, pochodzić po
górach, po łąkach. Wysypiać się. Jeść regularnie. Korzystać z tego co inni mają
dla mnie zaplanowane. Wybrzydzać, marudzić, narzekać. Ale nie budzić się ze
ściśniętym gardłem, bo czegoś nie ma lub czegoś nie będzie, że nie ma na lokal, na światło, na księgową.
Widzę siebie
zagłębioną w literaturze pięknej, może być w domu, może w bibliotece a może w
księgarni. Może jakieś nowe studia. Może filologia rosyjska? Może rosyjski
będzie dla mnie oknem i przepustką na
świat, do świata, w świat.
Dwa dni do
Wielkanocy.
Byłam u
ginekologa. Okazało się, że od ostatniej wizyty minęły 3 lat. Mam nadzieję, że
nic złego się nie dzieje. Na pierwszy rzut oka wszystko w porządku. Oprócz
pierwszych objawów starzenia się! No trudno. Przemijanie nieuchronne jest.
A w domu
wypiekamy i przygotowujemy wielkie żarcie. Tym razem ma być mniej kalorycznie.
Ale to marzenia ściętej głowy. Jak upiec serniczek bez kalorii, albo mazurek,
albo babę? Uwielbiam słodkości.
Rodzina
HIV w mojej
rodzinie wymawiany jest szeptem, ze zgorszeniem, obrzydzeniem. Ktoś gdzieś
kogoś zobaczył nazwiska w googlach związane z HIV – z komentarzem stosownym do
miłosierdzia przedświątecznego i miłości bliźniego – To ona z tymi zahivionymi
pracuje?
Czy mi jest
smutno? Tak, jest mi smutno. Bo HIV zabrał mi rodzinę.
A czy dał
przyjaciół?
Na święta i
po świętach życzę wszystkim doznawania Miłości i Przynależności – rodzinnej,
wspólnotowej, duchowej, przyjacielskiej , siostrzanej, religijnej i życzę
oczekiwanej teraźniejszości. - bez smutków z przeszłości i lęków na przyszłość.
Dobrze, że niczego zdrowotnego nie obiecywałam sobie na
Sylwestra i na Nowy Rok. Znam siebie chyba dosyć dobrze i wiem, co mogę, czego nigdy i, że na żadne obiecanki
się nie załapię. Nawet nie wykupiłam karnetu na basen, na siłownię, na
ćwiczenia. Chociaż gdzieś głęboko
pojawia się myśl, żeby może rok 2010 był rokiem sportu, albo dbania o
siebie , dbania o swoją fizyczność, cielesność, żebym się może poruszała jakoś
systematyczniej, żyła zdrowiej. Że w
zdrowym ciele zdrowy duch.
Niestety chorowanie wymusza ruszanie. To znaczy, że zdrowa,
sprawna osoba może pozwolić sobie na
zaniedbania i zapuszczenia i na odkładanie na jutro, albo na za rok. Ale słabsza, czego nie zrobi dziś ,na jutro może nie mieć
sił. I jak mi mięśnie zanikną koło 40-tki to potem pozostanie wyglądanie przez
okno i oglądanie zdjęć i żal za straconym czasem i wieczne zgorzknienie. Więc
jak nie skorzystam teraz z różnorodnej aktywności i nie przyzwyczaję się do wysiłku
to potem trudno mi będzie zwlec się z
łóżka na jakiekolwiek zajęcia sportowe i przymusić do jakiegokolwiek
wysiłku poza przejściem kilku kroków do toalety.
Na nartach w tym roku
też byłam tylko kilka dni.
Ale za to założyłam łyżwy. Po 33 latach weszłam na lód i . .
. jechałam. Spięta byłam strasznie. Myślałam, że będę
grzmocić tyłkiem o lód i wstydu się najem i ochrona mnie z lodu ściągnie, albo
karetka pogotowia. Nic z tych rzeczy się
nie stało. A nawet powtórzyłam wyczyny akrobatyczne w następną niedzielę. Nie
jest to może regularne uprawianie sportu. Bardziej mydlenie sobie oczu. Jak przymusić ciało do ćwiczeń? Jak znaleźć
czas na ćwiczenia?
Ale zdrowie nie dla wszystkich.
11 luty jest Światowym Dniem Chorego i jak co roku odbywały
się uroczystości związane z obchodami tego dnia. Instytut Praw Pacjenta i
Edukacji Zdrowotnej zorganizował konferencję trwającą dwa dni „IV ogólnopolskie spotkanie
liderów organizacji pacjentów”. Konferencja była ciekawa, treściwa i krótka.
Bardzo chciałam uczestniczyć w całości, ale stety a czasami niestety pracuję i
nie mogę sobie pozwalać na uczestnictwo w wielu spotkaniach. Ominęło mnie więc wystąpienie – wykład
ministra Marka Twardowskiego pt,: Zasady polityki lekowej Ministerstwa
Zdrowia””. Zdążyłam natomiast na debatę
z udziałem przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia i prezesa NFZ. Przedstawiciele organizacji pozarządowych
zadawali pytania a Panowie starali się odpowiadać z sensem. Pytania dostarczono
im wcześniej, więc mieli czas na przygotowanie odpowiedzi. I to dobrze. Bo
widać było (w przeciwieństwie do zeszłego roku), że się do debaty merytorycznie
przygotowali. Dziwi mnie jednak podejście Panów i Pań zarówno z Ministerstwa
Zdrowia jak i Narodowego Funduszu Zdrowia. Dlaczego zawsze o pacjentach i
problemach pacjentów mówią – my dla Was, my Wam, my Was rozumiemy itd. Ja z
tego rozumiem natomiast, że żadne z nich, nigdy i w żadnej sytuacji nie było
pacjentem czy pacjentką i nie zamierza być pacjentem ani pacjentką. Bo inaczej Panowie
i Panie używali by innego języka. I w moich uszach brzmieli by mniej arogancko
instruując , że pewne rzeczy i życie dla niektórych są nie możliwe bo ekonomia
i kryzys wymuszają cięcia, limity. Kraj który jest biedny i ogarnięty kryzysem
nie prowadzi wojny, bo nie ma na to pieniędzy, chyba, że obywatel tegoż kraju
mało się dla rządzących liczy. Usłyszałam natomiast, że Polska jest na
przedostatnim miejscu w Unii jeżeli chodzi o PKD na jednego mieszkańca i na ostatnim jeżeli chodzi i głodujące
dzieci. Toż to koszmar. Dodam, że moja koleżanka nie otrzyma refundacji na
leki, które poza granicami Polski są dla chorych ogólnie dostępne. I mój kolega
z HIV zapisał się w kolejkę na przeszczep nerki również poza granicami Polski,
bo w Polsce HIV jest przeciwwskazaniem do przeszczepu a w innych krajach Unii
nie. Może warto sprawdzić jakie mamy możliwości ubezpieczenia się gdzie
indziej, jeżeli tu ze względu na” kryzys” leczenie nam się nie należy.
Drugi dzień konferencji to spotkanie z przedstawicielką
biura Rzecznika Praw Pacjenta (urząd już działa!)i prawniczką dr Dorotą Karkowską na temat poszukiwania
polskiego modelu rekompensat szkód wynikających między innymi z błędów
medycznych. Było również trochę o edukacji zdrowotnej a na zakończenie raport z
działalności Instytutu.
Wieczorem 1o lutego w Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II
Fundacji Janiny i Zbigniewa Porczyńskich w Warszawie zostały rozdane Nagrody
Świętego Kamila. Na uroczystości obecny był Prymas Polski abp Henryk Muszyński,
wiceminister zdrowia Jakub Szulc, wiceprezydent Warszawy Włodzimierz Paszyński
oraz przedstawiciele Sejmu i władz publicznych
„Główną ideą nagrody, przyznawanej z okazji obchodzonego 11 lutego Światowego
Dnia Chorego, jest przybliżanie i promowanie osób oraz instytucji, które w
sposób szczególny przyczyniły się do budowania kultury miłosierdzia, akceptacji
i solidarności z osobami cierpiącymi i ich rodzinami.
Nagroda św. Kamila jest przyznawana co
roku w innej dziedzinie medycyny; w 2010 została przyznana za opiekę na matką i
dzieckiem.
Laureatem jest dyrektor Kliniki Położnictwa i Kliniki Zdrowia Kobiety w Szpitalu
Medicover w Warszawie, prof. Krzysztof
Tomasz Niemiec. Wyróżniono go za "wieloletnie zaangażowanie w
tworzenie i wdrażanie w Polsce światowych standardów opieki medycznej nad
kobietami zakażonymi HIV i ich dziećmi oraz za życzliwość i serce okazywane pacjentkom
w codziennej pracy".
Przyłączam się do gratulacji.
Pożegnanie z programem bezpiecznych ciąż dla par +/-
Równocześnie smutno mi i żal, że wieloletnia praca profesora
i jego doświadczenie owocuje gdzie
indziej niż na polu HIV/AIDS. Nie ma kontynuatorów ani kontynuatorek jego działań.
Nikt nie zauważył korzyści wynikających
z zajmowaniem się HIV, ani nie poczuł drgnienia serca i nie zapalił się do
pracy na rzecz i w związku z HIV. Niedługo
do historii przejdzie, jedyny w swoim
rodzaju projekt realizowany do tej pory przez
fachowców, wielkich społeczników i jeszcze większych zapaleńców – metoda
inseminacji czyli bezpiecznej ciąży dla par plus/ minus. Po Tomaszu Niemcu
zajął się prowadzeniem ciąż Jacek Maciejewski,
doktor a może już docent. Ale już też zrezygnował. Obydwu Panom bardzo
serdecznie dziękuję, że chociaż przez moment zechcieli współuczestniczyć w bezpiecznych, chcianych, wykochanych
ciążach i pomóc dzieciom przyjść bezpiecznie na świat. Chodzi przecież o tak
niewiele – zdrowa ginekologicznie kobieta, określenie dni płodnych i podanie w
odpowiedniej chwili, w odpowiednich warunkach, z użyciem odpowiedniej wiedzy
czystych jak łza plemników. Tak naprawdę oczyszczone plemniki można podawać bez
ginekologa. Każda para może to zrobić samodzielnie. Ale to już było!!! Z 10 lat
temu!!!
Dlaczego tak trudno zainteresować ginekologów HIV/AIDS
ginekologów – położników. CZyżby to lęk przed HIV, czyżby to lęk przed wszystkim
co może łączyć się z In vitro? Program
dobry, skuteczny, bezpieczny. Par podchodzących do rodzicielstwa
świadomie wiele i co?
Jak to się dzieje, że to co tanie nie znajduje poklasku. A
jak zacznie kosztować to czy wtedy znajdą się chętni do realizacji, czy może
ustrój musi się zmienić na mnie zastraszający a bardziej laicki? Pożyjemy
zobaczymy. To dobrze chociaż, że nasi
specjaliści zdążyli wyszkolić w tej metodzie specjalistów z krajów byłego
związku radzieckiego. Jest szansa, że teraz my do nich „po prośbie” jeździć
będziemy. Znaczy jeden plus jest. Edukacja się udała i przydała.
Warszawa dla nie bogatych.
Wypróbowałam. Przez dwa miesiące nie dostawałam wypłat. Z
żadnej pracy. A staram się jak mogę. Ale ponieważ pracuję w organizacjach
pozarządowych to jak wiadomo pieniądze są ale…. Za jakiś czas. Więc poczyniłam
debety, zapożyczyłam się, postanowiłam
też nie rezygnować z życia kulturalnego. I po raz pierwszy pomyślałam sobie, że
szkoda, że nie jestem w wieku Uniwersytetu Trzeciego Wieku, bo tam dużo
możliwości jest. Przesiedziałam dużo czasu przed Internetem. Wpisywałam dziwne
hasła – bezpłatne wejścia, kultura bez pieniędzy, wstęp wolny. No i
poznajdywałam. Sama byłam zdziwiona, że nie musze mieć aby być. Tylko najeździć
się po Warszawie trzeba bo przeważnie takie imprezy są dalej od centrum. Dom
Kultury i kino Świt. To jest mój typ i w rankingu pierwsze miejsce. Gdyby nie
brak pieniędzy nigdy nie uczestniczyłabym w przeglądzie filmów rosyjskich i
nigdy nie zobaczyłabym filmu Babunia. A film do głębi mną wstrząsnął. Rosjanie potrafią kręcić filmy mądre, które
pozostawiają ślad w sercu. Gdyby nie brak pieniędzy nie byłabym na koncercie
rosyjskich wykonawców muzyki dawnej. Gdyby nie brak pieniędzy nie obejrzałabym
baletu z choreografią inspirowaną Panem Cogito (to już na Ochocie). Gdyby nie
pustki w portfelu nie byłabym w Trafiku na środowych pokazach filmów. Nie
wspominam o wykładach, między innymi na Uniwersytecie Warszawskim, czy w
kawiarni Nowy Świat. A na ile imprez nie mogłam pójść bo mi praca nie pozwalała.
Doszłam do wniosku, że nie jest tak źle, że boso, ale w
ostrogach. Że dam radę, pod warunkiem utrzymania zdrowia fizycznego. Że może
przy naliczonej mi przez ZUS emeryturze w wysokości 420 zł przeżyję i nie zwariuję. Że opłacić mieszkanie,
internet i zakupię buty do chodzenia.
Gdzie jest wiosna?
Uwielbiam zimę. Mroźną, śnieżną, białą. Ale chyba już czekam
na wiosnę. Czuję się potężnie zmęczona. ZMĘCZONA. Rano kiedy się budzę, każda
komórka przypomina mi o sobie zmęczeniem. Żyję jak automat. To, że chodzę,
pracuję, działam, uczę się to jest taki nakaz wewnętrzny, który mówi tak
trzeba. Życie ucieka. Chwytaj życie. Nie przesypiaj życia. Praca uszlachetnia.
Nie poddawaj się. Jak myślisz jesteś
zmęczona to będziesz zmęczona. Nie myśl o zmęczeniu. Znajdź czas na sport i na
aktywność fizyczną. Będzie ci lepiej. Zdrowiej. Mądrzej. Pełniej. Pobiegaj rano
przed pracą. A basen wieczorem po pracy. Potem mały programik w nocy. I od razu
wrócą siły. I jeszcze do tego dieta wysoko jakaś. A ja jestem zmęczona. ZMĘCZONA. Chcę spać.
Chcę leżeć. Nie chcę znajdować czasu, ja chcę go mieć. Chcę pracować w jednej
pracy, chcę dostawać godziwe pieniądze za swoją prace, nie chcę się bać, że jak
się rozchoruję to umrę z głodu. Więc wszystkim, którym wiedza co mam w życiu
robić, żeby mi było lepiej serdecznie dziękuję i proszę absolutnie, pod żadnym
pozorem nie ujawniać swoich mądrości.
Zima
przyszła i trzyma. Zima wstyczniu.. Co
za niespotykana, zadziwiającasytuacja.
Stan alarmowykraju . Kataklizm. Natura
pokazała swoje pazury. Ślisko na drogach. Zamarzają rury, gną się
przewody.Łamią się słupy i drzewa.
Apele w telewizji, żeby nie wychodzić z domu. Nigdzie nie wyjeżdżać.
Jaka pamięć
jest krótka i wybiórcza. Jeszcze 15 lat temu był to normalny stan a zima trwała
i trwałą od listopada do marca. I nikogo to nie dziwiło. Był i mróz i śnieg i
zimowiska w mieście i lodowiskaw każdej
szkole. I sypał śnieg.
W mieście
jest brudno i brzydko. W niektórych miejscach trzeba się dobrze natrudzić, żeby
czystą nogą i bez obrzydzenia przejść chodnikiem, parkiem, skwerkiem.Ilość ludzkich i zwierzęcych odchodów czyni
moje miasto jedną zbiorową kloaką. Na dodatek ulice szpecą zwały ubitego,
zmrożonego, szarego śniegu. Czekam na „estetyczną” zawieruchę, która przykryje
wszystkie ułomności wielkiego wschodnioeuropejskiego miasta.
A co nowego
w Polskim HIV ?
Wprowadziliśmy
limity na leczenie i diagnostykę leczenia w HIV.
14 stycznia
odbyło się spotkanie w tej sprawie w Krajowym Centrum ds. AIDS. Czy coś to
spotkanie twórczego przyniosło?Ludzie
się w nowym roku spotkali. Wysłuchali tego co mieli wysłuchać a potem się
rozjechali.
A więc tak :
limit na diagnostykę i na leki średnio statystycznie na jedną osobę wynosi
3 500 zł. Starczy czy nie starczy zobaczy się we wrześniu – w październiku.
Od czego zależy czy wystarczy? Na przykład : od tego ile osób w roku 2010
zrezygnuje z leczenia antyretrowirusowego, czyli im więcej nas zrezygnuje tym
dla pozostałych lepiej. Zrezygnować możnawyjeżdżając z Polski i gdzie indziej kontynuować leczenie. Następna możliwość
(gorsza, nie zalecana) to zrobić sobie wakacje lekowe. Brać leki nieregularnie,
oczywiście brać ich mniej a nie więcej. No i jeszcze zupełnie nie zalecane , można
umrzeć.
W roku 2007
na leczeniu było nas 3358 osób, w roku 2008 już 3822 (środków –
153 846 368,76zł), w 2009 roku 4333 (środków 143 504 865,79
zł). Plany na rok 2010 – środków 190 000 000 zł. W roku 2008
rozpoczęło leczenie 464 osoby, w roku 2009 liczba leczonych wynosiła:styczeń 3822 – grudzień 4333 – z tym, że 685
osób zrezygnowało z terapii!!!!! . W roku 2010 liczba osób ze stycznia to 4314
(?), zakłada się, że pod koniec roku
będzie o 137 osób więcej.
Może warto,
żebyśmy sami zaczęli dbać o swoje terapie? To nie znaczy, że mam zaraz wiedzieć
jakie leki są dla mnie najlepsze, to nie znaczy, że zaczynam od dziś leczyć się
sama ale może warto wiedzieć ile co
kosztuje? Nie zawsze najdroższy lek jest najlepszy. Każdy z nas jest inny. Nie muszę
bezkrytycznie zgadzać się z każdą decyzją specjalisty. Może warto podyskutować
– co w moim przypadku, co dla mnie,ale
teżco wtedy kiedy zabraknie pieniędzy
na leki i leczenie? Czy znajdzie się
ktoś kto zasponsoruje leczenie za 8 000 zł. Może łatwiej będzie
wygospodarować leki za 3000 zł a może jeszcze łatwiej za 1000 zł.
Wiem, że
solidaryzmu społecznego nie ma. Odpłynął w siną dal. Nawet za pomoc w zakupach
sąsiad sąsiadowi płaci, za podłączenie klemów do akumulatora stawka 10 zł, za
pchanie samochodu na mrozie 20 zł. Wszystko ma wymierną cenę.
Moja
koleżanka powiedziała mi ostatnio, że ma w … głębokim poważaniu pracę społeczną
i w tym samym też miejscu ma innych ludzi. Chce zarabiać, chce dobrze żyć, chce
mieć na wyjazdy, na przyjemności, na leki dla siebie, że nie po to się uczyła
tyle lat, żeby teraz ktokolwiek a najbardziej ona sama wykorzystywał ją ale też samasiebie do pracy za niegodziwe pieniądze.Że życie rozpoczyna się od ja. A jak będą kiedyś środki to może i inni
też się zaczną liczyć.
Tylko, jak
mówi przysłowie kij ma dwa końce. Ja – ma też swoją cenę. Zabraknie leków dla innych to irównież zabraknie ich dla mnie. Pieniądze są
jedne. Budżet jest jeden. To, że państwo inwestuje w wojny, coraz mniej jest
instytucją wspierającą, pomagającą zwykłym ludziom nie zwalnia mnie od
świadomości, od odpowiedzialności i od prób decydowania o sobie. Jeżeli coś
jest skuteczne dla mnie taniej to ja to chcę. Ja nie muszę jeździć mercedesem
jak mam pusto w portfelu. Nie muszę również wyjeżdżać na wczasy do Grecji, mogę
pod namiot na Mazury, na wycieczkę pieszą na Kabaty. Cholera, dostosowuję się
do warunków ekonomicznych, zdrowotnych. Wszystkiego. Dlatego chcę znać ceny
leków, które połykam, chcę znać ceny procedur, którym się poddaję. Bo ja za to
płacę. Jako podatnik. Jako jeszcze nie ubezwłasnowolniony obywatel. Nie
satysfakcjonuje mnie idiotyczne, ignorujące mnie stwierdzenie (słyszę je raz na
jakiś czas i wyzwala we mnie niespotykaną agresje) - To w trosce o Twoje życie
i zdrowie robię to i to, wybieram za ciebie, decyduję za ciebie. Wybaczcie Wy
wszyscy Bogowie - jak nie proszę to nie dbajcie o moje życie i zdrowie BO to
jest moje życie i zdrowie. Nie jestem bezwolną kukłą.Swój rozum mam, i wiedzę, iswoją mądrość -jaka by ona nie była. Chcę
decydować o swoim życiu i zdrowiu. Tylko do cholery dlaczego muszę o to tak
walczyć?
Moje życie
osobiste.
Znowu leży w
gruzach.Nic się nie zmienia. Ciągle na
nic nie mam czasu. Gorzej. Mam chandrę. Klasyczną, dużą, wszechogarniającą.
Byłam na
mitingu AN czy NA. Kiedyś chodziłam na AA celem własnego zdrowienia. Inny
świat. Bezpieczny, chociaż rozedrgany, niestabilny, ulotny. Ale na Tu i Teraz.
Taki azyl, przystań. Dla mnie daleki. Niestety. Nie zdążyłam dojść do wspólnoty
warszawskiej a już z niej odeszłam. Ktoś z ośrodka do którego chodziłam na
terapie rozpowiedział o moim zakażeniu wśród braci alkoholowej. Nic się nie
działo. Ale dziewczyna u której mieszkałam z dnia na dzień poprosiła o
wyprowadzkę, a ludzie na spotkaniach na mnie dziwnie popatrywali. Na szczęście,
mam nadzieję to się zmieniło. Wśród uzależnionych trzeźwiejących generalnie
wydaje mi się jest większa tolerancja na inność.
Za to wśród
moich znajomych gejów wysyp zakażeń HIV.
Więcej
przemyśleń nie mam. A jak miałam to zapomniałam. Cieszę się, że poradnia
internetowa będzie istnieć dalej. Jestem zaniepokojona dziwnym podziałem
środków. Ale to może nie temat na Bloga.
Zaczynają się przygotowania do świąt. Tych domowych i tych firmowych. I równocześnie zaczyna się, jak co roku i ciągle jest wielkim zaskoczeniem jak zima dla drogowców, finisz, końcówka roku finansowo-rozliczeniowo-sprawozdawcza. Jeszcze jest czas na wszystko chociaż tak naprawdę brakuje na wszystko czasu. Przed Sylwestrowo- Świąteczny zawrót głowy. Trzeba zrealizować, to co zaplanowane, podomykać, uzupełnić, przesunąć, obliczyć, doliczyć i nie zwariować. Grudzień obfituje w ilość imprez i nerwów. Najpierw był Światowy Dzień AIDS. Zaraz potem Dzień Wolontariusza i Mikołajki dla dzieci. Ale to mniej popularne święta więc tłoku w terminarzach nie ma. Ale za chwilę pojawią się Wigilie. Jedna firmowa Wigilia za drugą. Każde Stowarzyszenie, każda organizacja organizuje wieczerze, zaprasza gości, stara się przygotować potrawy i obdarować prezentami. Postaw się a zastaw się. Dwanaście Wigilii w tygodniu. Dwa tygodnie Świętowania. Coraz mniej ludzi przychodzi na poszczególne Wigilie.
Jeszcze dużo wody upłynie zanim nauczymy się robić niektóre rzeczy wspólnie. Na przykład wspólnie dzielić się opłatkiem.
Jak mało dbam o siebie.
Obiecałam sobie przed świętami pozałatwiać doktorów. Nie wiadomo co Narodowy Fundusz Zdrowia wymyśli na 2010 rok, jakie obostrzenia będą, jakie limity. Obiecałam i jednak nie dotrzymałam słowa. Za długo stania w kolejce. I notoryczny brak czasu dla siebie. I pomimo, że powtarzam sobie, że nie samą pracą człowiek żyje, że trzeba znaleźć czas na przyjemności a przede wszystkim na zdrowie to do poradni jest mi zawsze nie po drodze. W lipcu chyba miałam kiepskie wyniki cholesterolu. Postanowiłam przejść na bardziej zdrowe żywienie i uzdrowić tryb życia. Od tego czasu przytyłam 8 kg! Przez pięć miesięcy osiem kilogramów. Zakupiłam karnety na ćwiczenia. I jedno zajęcie kosztowało mnie 140 zł!. Zamierzałam chodzić dwa razy w tygodniu na zajęcia a znalazłam czas by pójść jeden raz! A jedzenie? Rano nic, w południe wafelki, najlepiej w czekoladzie, wieczorem jakiś fast food, a do łóżka herbata z wafelkami, najlepiej w czekoladzie. W spodnie się nie mieszczę, spódniczek nie dopinam, bluzki opięte, butów nie wiążę na stojąco. Ciuchy z szafy do wyrzucenia! Przesunęłam je na górną półkę. Czekają na szczuplejsze czasy. Mogłabym zwalić wszystko na leki. Ale to chyba nie one zapuszczają mnie i powodują, że na siebie patrzeć nie mogę. Patrzę na zdjęcia sprzed 10 lat!!!! Jakaż ja byłam zgrabna laska. Jakie szczupłe miałam nogi, talie. Z młodej łani zamieniam się w dojrzałą, tuszę. I nic na to nie poradzę, że wygląd się dla mnie liczy. Bo rozumu nie widać a tłuszcz tak. Im kto grubszy, cięższy i zwalisty tym musi mieć więcej wiedzy, żeby się przebić. Więcej ciężaru nosi na sobie i więcej ciężaru nosi w walizkach. Prędzej choruje na wszystko i nawet depresje mają częściej kobiety tęgie niż szczupłe.
A przecież wiem co robić.
Tuż przed świętami byłam na spotkaniu dla kobiet poświęconym między innymi profilaktyce osteoporozy. Okazuje się, że w takim tempie mojej niedbałości o siebie, dodatkowo z obciążeniami rodzinnymi, wirusem, lekami pozostaje mi już tylko kupić wózek inwalidzki i zmienić mieszkanie na parter!
Profilaktyką wszystkiego jest ruch. Wiem o tym. Wiedzę posiadam. Ale jak rano budzę się zmęczona nocą a w perspektywie ciężki dzień, trwający do 22 to nawet nie w głowie mi ćwiczenia. Chcę leżeć do wstania!
Ale zrobiłam pierwszy krok. Włączyłam sobie kasetę Rzetelny Trening. I nie tylko włączyłam ale zaczęłam też ćwiczyć. Uf. Zziajałam się już przy 12 minucie ćwiczeń. Ramion nie mogłam podnosić przy 20 minucie. Nieparlamentarne wyrażenia spływały razem z potem przy 35 minucie. Na każde słowa – rozluźnijcie się moje mięśnie spinały się jak skała. To nie były ćwiczenia! To było cierpienie. Dotrwałam do końca. Godzinę i 15 minut!
Następnego dnia nie mogłam wstać.
Czułam każdy mięsień.
Niestety na jednym ćwiczeniu poprzestałam. Bo oczywiście nie mam czasu żeby dzień w dzień ….. , więc gnuśnieję i tyję i narzekam. Zaczęłam unikać moich znajomych sprzed lat. Bo mi głupio, że tak o siebie nie dbam. I, że każda rzecz leży na mnie jak na strachu na wróble, lepiej jak na wielorybie. I że jednak mi się nie udało w życiu. Chociaż może trochę udało. Chociaż nie. Nie udało.
Za kilka dni nowy rok.
Już po świętach. W tym roku przygotowań specjalnych nie było. Za to naubierałam się choinek, że ho ho. U mnie w domu żadnej – bo nie ma dla kogo. U rodziców w domu trzy, żeby było jak zwykle. U rodziny jedną żeby było świątecznie. Nie było pieczenia ciast, mięsiwa, kulebiaków, kutii. Jeszcze nie będę płakać. Jeszcze nie nadszedł mój czas. Moja żałoba przyjdzie na wiosnę. Tak czuję. Byłam z mamą na cmentarzu. Nie odczuwam tam obecności ojca. On jest w moim serce. Może trochę w zdjęciach, w pamiętnikach. Jest obecny bo ja żyję. Nie muszę zapalać świeczek na grobie bo to dla mnie puste miejsce. I tak chcę dla siebie. Czyli niczego nie chcę. Może jeszcze żyć będę długo i przeżyję wszystkich bliskich. Rodzina nie rodzinna. Na groby nie jeździ. Jesteśmy sobie obcy. Bliskich nie za bardzo posiadam. To moja wielka życiowa przegrana. Nie wiem jak to odbudować. Nie wiem gdzie szukać przyjaźni. Nie wiem jak ją pielęgnować. Nie wiem czego chcę.
A mimo wszystko rodzinnie było w tym roku na święta. Znowu przez moment zastanowiłam się czy zaprosiliby mnie na święta gdyby wiedzieli, że mam HIVa. Nie znam odpowiedzi. Nie poznam odpowiedzi bo nie powiem o tym. Bo boję się, że zostanę sama jak palec. Niepotrzebna. Myślałam, że przyjaźnie posiadam. Nic bardziej mylnego. Są znajomi, znajomi i znajomi. Życie w samotności, w pojedynkę, jako singiel ma bardzo dużo plusów. Ma wiele zalet. Wystarczy nie wymagać od samotności partnerstwa, podejmowania wspólnych decyzji, przyrządzania wspólnych posiłków i spędzania wspólnych wakacji, uzgadniani co na weekend, pytania o zdanie, organizowania wspólnego czasu a już jest dobrze. Już wiadomo, że spokojnie da się żyć tylko nie należy wymagać tego czego samotność dać ci nie może. To trochę tak jak z hałasem w Warszawie. Kilka lat czekałam na to, że hałasu nie będzie, że jak wybudują nową ulicę, że jak poszerzą, zwężą, coś zrobią to znowu będzie cicho. I strasznie mi ten hałas i smród i wielkomiejskość przeszkadzała. Nie będzie inaczej. Warszawa zmienia się nie tak jakbym chciała. Będzie coraz więcej aut, ludzi, smrodu, hałasu. Zrozumiałam. Przestałam czekać. Nie przeszkadza mi już MIASTO. Mogę się z niego wynieść. Ale go nie zmienię. Staram się korzystać z tego co ma do zaoferowania.
Ale smutno mi, że o wszystkim muszę decydować sama, że nikt nie uzgadnia ze mną niczego, że moi znajomi informują mnie tylko o swoich planach i zmianach tych planów. Że albo podporządkuję się ich planom i będę z nimi albo zupełnie, zupełnie nikogo nie obchodzi, że zostaję sama.
Więc pozostaje praca. Tam jestem w grupie. I decyzje są grupowe i uzgadniamy niektóre rzeczy grupowo. Ale praca to nie wszystko. Więc dołączam zajęcia po pracy. Żeby przez moment poczuć się w jakiejś społeczności. Pomagam więc innym. Kiedyś z potrzeby serca. Teraz z samotności. Wszystko aby nie zostać sama. Trochę chyba przesadzam. Ale akurat tak się teraz zrobiło, że mimo deklaracji miłości i przyjaźni zostaję sama na Sylwestra. Nie, nie tak. Nie sama. Bo mogę spędzić tego Sylwestra jak tylko będę chciała. W górach, nad morzem, w łóżku, w pracy, w NA, i z kim tylko będę chciała, w grupie, we dwjkę, w tłumie, sama. Decyzja jest moja. Każdy z przyjaciół poinformował mnie tylko o zmianie swoich planów na Sylwestra. Bez uzgadniania i bez konsultacji ot tak. Lekko, luźno i swobodnie. Czyli bujaj się maleńka. No może nie każdy z przyjaciół. No może to nie przyjaciele. Trochę przesadzam. Bardzo przesadzam.. Raptem jedna osoba wypięła się na mnie. Pozostałym życie, przeznaczenie, los nie pozwoliły na spędzanie wspólnego Sylwestra. A tak naprawdę to do Sylwestra jeszcze trochę czasu. I jestem ciekawa jak mi się Sylwester ułoży. I jestem ciekawa czy potrafię na przekór przeciwnościom bawić się dobrze. I jestem ciekawa gdzie się będę bawić i z kim? I jestem ciekawa, które przyjaźnie przetrwają. A które się rozsypią i przeminą. Ale to nie ma nic wspólnego z HIV. A może ma?
Wracam do domu.
Mama mojego przyjaciela zachorowała. Tata mojego przyjaciela jest chory. Mojej przyjaciółki babcia jest chora. Moja przyjaciółka jest bardzo samotna. Moja przyjaciółka jest bardzo zmęczona. Moja przyjaciółka nie odbiera telefonów. Trochę mało radości wśród moich przyjaciół. Chciałabym być z nimi wszystkimi. Chciałabym, żeby wszyscy przyjaciele chcieli być ze mną. Nawet jeżeli nam nie wychodzi. Nawet jeżeli nam nie po drodze. To chciałabym abyśmy byli dla siebie ważni. W sercach, myślach i w działaniu. Żebyśmy nie zostawiali siebie w samotności, żebyśmy zawsze mieli do kogo zadzwonić, żeby zawsze czekał na nas termos gorącej herbaty. Dlaczego termos? Przyjaciele to wiedzą.
Za kilka dni kończy się Stary Rok – życzę wszystkim szampańskiej, dobrej zabawy, w gronie przyjaznych nam ludzi.
A potem jak już przyjdzie Nowy Rok z nowymi nadziejami, marzeniami, lękami, radościami, wyzwaniami, klęskami i wygranymi to życzę sobie i Wam - obyśmy zawsze mogli się dzielić swoim życiem z innymi i oby inni chcieli się dzielić swoim życiem z nami.
I muszę się postarać i zadbać o tych, którzy przy mnie są.
Zawsze lubiłam wrzesień. Wrzesień w górach (kiedy nie pada 8
dzień) jest przebarwny, pełen zapachów, odgłosów smoków i taki cichy. Albo
ciepłe morza we wrześniu i wiatr we włosach i sól na policzkach i ryczące
czterdziestki. W ogóle lubię jesień.
W tym roku Mój Wrzesień był smutny. Odchodzenia i rozstania
z kochanymi ludźmi są bolesne, zawsze nie w porę. Ostateczne żegnaj. Dla
wierzących zawsze jest nadzieja na spotkanie. Dla nie wierzących? Pora na
nawrócenie. Straciłam bezwarunkową miłość. Coraz mniej czuję się kochana,
jedyna, niezbędna. Ciągle staram się odnaleźć sens mojego życia.
Skończyły mi się leki. W sobotę. Mam żelazny zapas na
sytuację kiedy zabraknie leków. Łykam te
moje pigułki od lat 13. Lubię je, akceptuję, współgramy ze sobą. Ale ponieważ
firma X nie zawalczyła o swój lek i wypadł ten lek z mody to i ja go pewnie
wkrótce stracę. W roku 2009 ze względu na „kryzys” miało być tanio i skutecznie.
Ale trzecim warunkiem musi być modnie. Bo jak każdy pacjent wie są leki na
topie i leki w niełasce. Nie rozpisuję się już więcej o tym, bo blog miał być o
życiu. Ale to właśnie jest życie. Moje życie. Nie ministra Y, nie lekarza Ą.
Każda decyzja urzędnicza przyniesie zmiany w moim życiu. Albo czegoś zabraknie, albo będzie limit i czegoś
zabraknie. Staram się uczestniczyć w wydarzeniach związanych z HIV, z
niepełnosprawnością, z dyskryminacją i tak jak kiedyś, jeszcze 10 lat temu
wierzyłam, że ludzie mogą coś zmienić, że mój głos się liczy w dyskusji. Tak
teraz coraz bardziej widzę jak nic nie mogę zrobić i jak nikt się ze mną nie
liczy. I jakim jestem mięsem armatnim. A pacjent to też człowiek. I rzadko się
zdarza, żeby człowiek nie był pacjentem.
No więc skończyły mi się leki. Ale nie mam czasu po nie
pójść. Leki są bezpłatne. Mam nadzieję, że takie pozostaną. Mam nadzieję, że
nigdy HIV nie przejdzie pod Narodowy Fundusz Zdrowia. Doświadczenia moich
znajomych chorujących na inne choroby uświadamiają mi jak bardzo w świecie
medycznym liczy się ekonomia i oszczędzanie na pacjentach. A ja chcę żyć. Zrezygnowałabym
chętnie z prowadzonych przez nas wojen na rzecz dostępu do leków i leczenia dla
wszystkich ludzi w Polsce. Szkoda, że chorzy są chorzy i nie mają sił aby
walczyć o priorytety w państwie. Szkoda, że nikt się mnie nie pyta czy ja chcę
wojny i nowego budynku ZUSu i piekielnych białoczerwonych słupków wbitych przy
każdej ulicy (Kto wpadła w Warszawie na takie kretynizmy, kto na tym zarabia,
kto będzie odpowiedzialny za nie możność dojechania do posesji karetki
pogotowia czy straży pożarnej, kto utrudnia życie niepełnosprawnym na wózkach.
Przecież o tym na Boga mówi się od lat. )
Na lodówce wisi a właściwie wiszą skierowania na badania
różne: prześwietlenia, USG, mocz. Najstarsze ma datę 25 maj 2007 rok. Ostatnie
jest z lipca 2009. Może się zbiorę w sobie i pozałatwiam wszystko. Marudzę i
narzekam na innych a sama siebie źle traktuję. I jeszcze ten ginekolog. Tylko w
czwartki i to przez chyba dwie godziny. A ja jestem w pracy. I coraz trudniej
mi nie pracować i wyrywać się na badania. Kobiet zakażonych niestety przybywa. I kolejki rosną. Badać się trzeba co
dwa miesiące. Rak szyjki czyni spustoszenie. Pewnie w końcu zapiszę się
prywatnie. Przynajmniej cytologia.
Obiecuję sobie solennie i bez efektu, że będę również przeprowadzała
badanie piersi. Wiem jak. Uczyłam się. Rodzinnie jestem zagrożona rakiem. I nic
z tego, nie mogę się zmobilizować.
Ogólnie gdybym zaczęła narzekać na poradnię to popełniłabym
ciężki grzech. Gdybym musiała w życiu chorować ale dokonać sama wyboru na co -
chyba zostałabym przy HIV. Ale jak HIV w
Polsce to tylko w stolicy. Dobrzy lekarze, kompetentne pielęgniarki,
sympatyczne panie w rejestracji, do rany przyłóż pani, która sprząta. Panie i panowie
z ochrony (bo takowa w przychodni jest) życzliwi. Cały personel poradni więcej
na chwalenie niż na narzekania. Poradnia przestronna, nowoczesna. Tylko
niewypał z wejściem dla niepełnosprawnych. No i jeszcze kraty. Dziedziniec
przypomina mi spacerniak.
Od kilku dni jestem poważnie przeziębiona. Katar, kaszel,
gorączka. Też mogłabym pójść do lekarza. Zadbać o siebie. Nie poszłam. I nie
pójdę. Aspiryna i pod kołdrę. Ale w mieszkaniu zimno strasznie. Nie wiem co
lepiej czy leżeć w łóżku, czy być w pracy.
A w pracy pusto. Zasilamy szpitale. 2/5 personelu choruje
szpitalnie i ja domowo.
Z postanowień zdrowotno – kosmetycznych obiecuję sobie 5 kg mniej niż mam i więcej
systematycznego ruchu. Od 2005 roku dokonuję obmiarów obwodów różnych miejsc:
ramiona, klatka piersiowa, talia, brzuch, biodra, uda, podudzia, ramię,
przedramię. Spisuję i patrzę i coraz bardziej się sobie nie podobam. Zdjęcia
sprzed kilku lat (oczywiście byłam młodsza i lżejsza o około 10 kilogramów) i
teraz. Taki ociosany kołek na chudych patyczkach. Wmawiam sobie, że teraz taka
moda i nie każdy może nie mieć talii za to rosnąć w ramionach i w biuście. Ile
się da tuszuję ubraniem. Ale pora na wysiłek z mojej strony. Ćwiczenia.
Ćwiczenia. Ćwiczenia. I mniej słodyczy.
Podskoczył mi cholesterol całkowity i ten zły. A dobrego za
mało.
Coraz trudniej dobiec mi do autobusu. Zadyszka.
Nie daję rady czasowo żeby i pracować, i odpoczywać, i
regularnie jeść, i codziennie ćwiczyć i przyswajać nowe słówka, i odpowiednią
ilość godzin spać. A wyczytałam, że popołudniowe drzemki są też wskazane. A
zapomniałam o znalezieniu czasu na czytanie, narkotyzowanie się telewizorem
(chociaż w ramach protestu nad miałkością programu TV nie oglądam telewizji od
lutego – chyba żyje mi się zdrowiej). Zupełnie tu nie ma miejsca na przyjaciół.
A przyjaźnie są dla mnie jak miód dla Puchatka. W pierwszej kolejności
rezygnuję ćwiczeń, potem z jedzenia regularnego i zdrowego, potem ze spania,
przyjaciół, czytania i zostaje praca, tycie, zmęczenie i nadzieja na
zmianę. Może w przyszłym miesiącu.
A a propos HIV. Elektryk nie przyszedł naprawić gniazdek jak
dowiedział się, że ma to robić w lokalu gdzie przebywają osoby zakażone. Mamy
2009 rok.
No i już po pierwszym grudnia czyli po Światowym Dniu Walki
z AIDS lub jak go niektórzy złośliwe nazywają po Dniu Świętego HIVA. Była
konferencja, przemówienia, podsumowania, wręczanie Czerwonych Kokardek za
zasługi na polu – „osobom w szczególny sposób przyczyniającym się do poprawy
jakości życia osób żyjących z HIV, chorych na AIDS, bądź też wnoszącym istotny
wkład w działania profilaktyczne w dziedzinie HIV/AIDS w Polsce”. Jak to
dobrze, że w dalszym ciągu są osoby, którym się jeszcze chce pomagać innym.
Najważniejsze Kokardki dla mnie to Kokardki za pracę społeczną, za wolontariat.
Bo są dla ludzi, którzy oprócz swojej
pracy zawodowej, swoich studiów, swojego życia zupełnie ponadplanowo, dodatkowo
znajdują czas, serce, życzliwość i potrafią się tym wszystkim dzielić z
innymi.To tym ludziom chciałabym sama,
osobiście podziękować.Chciałabym też
tak przy okazji podziękować wszystkim tym, których nigdy nikt nie nagrodzi bo
są zbyt cisi i działają zbyt daleko od wielkich miast i zbyt daleko od
liczących się organizacji. A może przy okazji portalu społecznościowego można
by było zapoczątkować akcję głosowania, wybierania tych, którym środowisko osób
zakażonych chciałoby podziękować i nagrodzić? Możecie pisać na adres poradni (z
dopiskiem Czerwona Kokardka 2010) i zgłaszać swoje kandydatury z uzasadnieniem,
z opisem dlaczego Tej Osobie Wręczylibyście Czerwoną Kokardkę. Jest na to cały
rok. Kapituła przyznająca Kokardkę zbiera się w listopadzie 2010 roku!!!.
Zawsze przy okazji nowych Kokardek zastanawiam się co się
dzieje ze starymi Kokardkowiczami, z ubiegłych lat. To 183 osoby. Co robią,
gdzie pracują a jeżeli odeszli od HIV to dlaczego odeszli? Jak potoczyło się
ich życie? Czy nadal mają otwarte serca?
Coraz mniej HIVa w
HIVIe
W tym roku w ogóle było skromniej i jakby samego HIVa też było mniej i chociaż hasłem
konferencji znowu był "Człowiek żyjący z HIV w rodzinie i
społeczeństwie" to większość sesji dotyczyła uzależnień, wszystkiego co
wokół uzależnień i profilaktyki. Nafigurującego w tytule człowieka z HIV zabrakło ….. czasu?
zainteresowania? sponsorów? Może czas HIVa bezpowrotnie przeminął. Jesteśmy
nieopłacalni? Mało spektakularni? Nie nobilitujący?
To nie byłoby dobre. Bo
to jak z drzewami na skwerku pod moim oknem. Dopóty stały dopóki ludzie o nie
walczyli. A potem przyszli drwale, drzewa wycieli a na ich miejscu postawili
coś ważniejszego ( w tym wypadku okropne bunkry sklepowe – przynoszące dochód).
Czy to tak jest właśnie z HIV?
Uprzejmość a leczenie
Coraz mniej środków na pomoc i wsparcie dla osób żyjących z
HIV/AIDS, coraz też mniej funduszy na leki. Coraz większa reglamentacja na usługi
zdrowotne.
Na konferencji 1 grudnia potwierdzono, że leki na 2010 rok
dla osób zakażonych będą (chociaż nie powiedziano w oparciu o jakie standardy
będą dostępne terapie lekowe, nie powiedziano też nic o funduszach na
monitorowanie przebiegu leczenia).
Zaniepokoiło mnie tylko stwierdzenie, że leczenie
antyretrowirusowe zawdzięczamy życzliwości Pani Minister Zdrowia. Nie wiem czy
taka jest prawda. I nie wiem co z tego dla mnie wynika. I co czeka mnie w
związku z życzliwością w przyszłości.
A jak życzliwości zabraknie? Do tej pory byłam przekonana,
że to Polityka Zdrowotna Państwa gwarantuje mi leczenie a decyzje o finansowaniu
leczenia oparte są na ekonomii, na prawie do leczenia, poprzedzone
konsultacjami ze specjalistami i chociaż troszkę z wykorzystaniem mojego
wypracowanego ubezpieczenia.
Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że cała polityka zależy
od jednej osoby – od Pani Minister
Zdrowia. A leki w 2009 roku były między innymi dlatego, że u Pani Minister była
delegacja osób żyjących z HIV i zwróciła uwagę Pani Minister na ważność
problemu.
To znaczy, że do tej pory o niczym Pani Minister nie
wiedziała. Rodzą się w mojej „chorej” głowie „chore” pytania. Liczne. To gdzież
są doradcy Pani Minister?lub Dlaczego
Pani Minister nie słucha doradców? lub Co Pani Minister mówią doradcy?
To z jednej strony może być dobre. Mamy szansę. Bo może aby
zabezpieczyć się w leki wystarczy skrzyknąć „środowisko” i razem chodzić do
ministerstwa, do Pani Minister, pisać listy, pisma, prośby. Być obecnym w jej
życiu. I jeszcze, moim zdaniem rzecz bardzo ważna, należy prześcignąć innych.
Osoby z SM, z nowotworami, z przeszczepami – lista długa. Jest kryzys. Kto
pierwszy ten lepszy. Kto pierwszy ten przeżyje. Aż sama wzdragam się przed taką
wizją przyszłości - kiedy pędzę ulicami miasta na rozmowę, żeby zaistnieć, żeby
być widoczną, zasłużyć i prześcigam po kolei tych innych, już bardziej chorych,
zniedołężniałych, starszych. Zostawiam ich z tyłu.
Do czego będę musiała się w przyszłości zniżyć żeby przeżyć?
Jakie wartości pogrzebać, żeby dostać leki i leczenie? Co zrobię, żeby przeżyć?
Jak długo będę sprawna, żeby walczyć. A jak na mnie przyjdzie czas chorowania
czy dobiegnę?
Nie chcę o tym myśleć. Ta wizja mnie przerosła. Jeżeli coś,
czyli moje życie zależy od jednej osoby to, to jest cholernie niepewna
przyszłość. I ja się poważnie niepokoję. Przecież ta osoba może się na mnie
obrazić, może mnie zapomnieć, może nie usłyszeć. Może mnie wyciąć – jak drzewa przed moim oknem. I dla nikogo nic się
nie stanie. Będą ważniejsze rzeczy do sfinansowania. Będą bardziej głośni INNI.
A może INNI przyjdą pod Ministerstwo z płytkami chodnikowymi. INNI podpalą
opony. No tak, ale jeszcze nie widziałam, żeby ludzie niepełnosprawni, słabsi,
chorzy wychodzili na ulicę. I nie widziałam, żeby w imieniu niepełnosprawnych,
słabszych, chorych sprawni, silniejsi, zdrowi wychodzili na ulicę. No ale koniec
czarnowidztwa. Zwiększamy kontyngent do Afganistanu! Znalazły się pieniądze!
Mam nadzieję, że chociaż decyzje o jakości leczenia nie
zależą od dobrego nastroju lekarza leczącego a od jego wiedzy, kompetencji,
doświadczenia.
Plany na przyszłość.
Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Czas radości. Będzie
inaczej. Będzie smutno. Pierwsze święta bez kochanego człowieka.
Zbliża się też Sylwester iNowy Rok. Czas podsumowania i planów na przyszłość. Zawsze to robię. I
zawsze coś z tego wychodzi.
Żyć z HIV. Nie pomyślałabym, że w ogóle z HIV i nie
marzyłam, że tak długo!
Nie wiem jak żyłoby mi się bez HIV. Wiem jak żyje mi się z
HIV.
No i zaprawdę powiadam - nie jest mi z tym HIVem źle.
Może nie tryskam energią od rana do wieczora. I coraz
częściej widzę, że jestem zmęczona, że czas aktywności dziennej się skraca a
nocnej zanika. Że częściej bym leżała, czytała, leżała, jadła i znowu
leżała.Że mam trudności z koncentracją
i pamięcią. I zapominam słów i przestawiam litery w słowach i robię błędy
ortograficzne i czasami nie wiem co robię w danym miejscu i po co tu przyszłam
i nie mogę skojarzyć twarzy z nazwiskiem a nazwiska z imieniem. I regeneruję
się za długo.
Ale mam ciągle plany na przyszłość i ciągle je realizuję.
Po pierwsze chcę wrócić do zawodu. W zawodzie nie pracuję
już 19 lat. Ale uważam, że praca pielęgniarki i położnej ma ogromny sens. Nie
jest oparta na gadaniu tylko na pomaganiu. Jest niedoceniana, lekceważona,
umniejszana. Ale jest skierowana na drugiego człowieka. Uwielbiałam być położną
i lubiłam być pielęgniarką.
W tym roku nie wyszło. Przekładam plany na rok następny.
A potem.
Marzyłoby mi się otwarcie Domowego Hospicjum dla osób
starszych.
Byłam ostatnio u zaprzyjaźnionej, starszej osoby. Bardzo
starszej. Ma kłopoty z chodzeniem. Na posiłki jada dzień w dzień zupę z puszek
lub chińszczyznę na wynos. Nie wykupuje leków. Z emerytury po 50 latach pracy
starcza jej na mieszkanie i jedzenie. Zaczyna pytać się znajomych o różne
środki na spanie. To jeszcze nie ma nic wspólnego z ostatecznością ale jak sama
mówi - niedołężność odczłowiecza.
A ja? Pełna gęba frazesów o pomaganiu a czasu na odwiedziny
znaleźć nie mogę. Zawsze jest coś ważniejszego. Pilniejszego. Zawsze znajdę dla
siebie usprawiedliwienie. Na przykład, żemuszę zarobić pieniądze bo muszę z czegoś żyć i muszę mieć co jeść. Albo
muszę odpocząć bo jestem zmęczona. Jestem zakażona. Jestem chora. Muszę dbać o
siebie. Albo muszę zrobić rubryczki, podstemplować dokumenty, przepisać teksty.
A czas ucieka. Ludzie odchodzą. Nie czekają aż znajdę czas
na spotkanie.
Też kiedyś mogę być samotna. Zaniedbana. Głodna. Może będę
siedziała w mieszkaniu i czekała aż ktoś z sąsiadów pomoże mi w czymkolwiek.
Zrobi zakupy. Opłaci mieszkanie. Nawet jak wyjdę z domu (wysokie schody) to nie
dojdę do sklepu. W okolicy nie ma ławek. A przejście przez ulicę, na pasach, na
światłach jest tylko dla młodych lub sprawnych. Zanim dojdę do połowy przejścia
światło się zmienia na czerwone. Więc profilaktycznie i egoistycznie myśląc o sobie
mam w planach otworzenie hospicjum.
I jeszcze mam w planach – podróże.
Czasami martwię się, że zabraknie w aptece moich leków i
wtedy umrę. Bardzo uwierzyłam w zestaw, który mam, z którym żyję w symbiozie. W
jedyny zestaw jaki został stworzony dla mnie. Dogaduję się z tymi lekami i z
własnym organizmem.Od niepamiętnych
czasów słyszę od niektórych lekarzy, że te leki nie działają na nikogo. I że
wirus już dawno się zmutował, i mnie zjada, zabija i coś tam jeszcze. Że lek
zniszczył mi nerki. A w ogóle to zjadam placebo. Od siebie dodam, że Te Leki są
takie złe że cud, że jeszcze nie urosły mi rogi i trąba. Tylko wyniki niezmiennie od
lat pokazują, że moja wiara w TE LEKI czyni CUDA. JA żyję. Leki Działają. Trąby
nie mam. Nerki jak u zdrowego. A jeżeli placebo działa? Dlaczego mam z niego
rezygnować. TE LEKI to jeden z moich świrów. Ale Ja wiem, że jak Tych Leków
zabraknie a Ja nie uwierzę w Inne leki to Moja wiara mnie zabije.
Zgodziłabym się nawet na poddanie badaniom pod tytułem - dlaczego
coś działa chociaż nie ma działać. Ale nikt nie jest tym zainteresowany. Ale
jest jeszcze świat. Poszukam w świecie.
Na razie żyję. Nie choruję. Życie podoba mi się coraz
bardziej.
Minął miesiąc od ostatniego wpisu. Niby niewiele. A tyle
rzeczy zdążyło się wydarzyć. Jak zwykle i dobrych i kiepskich. Jestem pełna
lęku o swoja przyszłość.
Nie wiem co będzie z moimi lekami. Lekarze wycofują się z
nich, bo stare i szkodliwe. A ja jestem stała w uczuciach. Do tej pory mnie nie
zawiodły. Przystosowałam się do nich i przystosowałam je do mnie. Dwunasty rok
jesteśmy razem. Biorę oszczędnie, po swojemu (nie powinnam o tym pisać), ale
skutecznie. Wiremia od 1997 roku poniżej detekcji i CD 4, że ho, ho. Nie
choruję. Grypy, anginy mnie omijają. Może nie tryskam energią i wystrzałowym
samopoczuciem, ale jest mi dobrze. A jak jest mi źle to z zupełnie innych
względów. Poza medycznych.
No może nie zupełnie „poza medycznych”. Bo medycznie to może
nam się przychodnia warszawska rozsypać. Zamiast polepszać, ulepszać opiekę nad
chorymi to ONI (!)niszczą to co dobre,
sprawdzone i na wysokim poziomie.Bo się
okazuje, że od 1 stycznia 2010 roku poradnie specjalistyczne w myśl nowej
ustawy albo rozporządzeniabędą mogły
zatrudniać tylko specjalistów danej specjalności. Więc w Poradni AIDS odpadają
neurolodzy, ginekolodzy, okuliści, chirurdzy, psychiatrzy, dermatolodzy,
stomatolodzy, pracownicy socjalni i być może meta don. Po co chorzy i
niepełnosprawni mają mieć wygodnie? Dlaczego mam mieć ułatwiony dostęp do
lekarza i leczenia? Przecież jestem chora więc mam czas na bieganie po różnych
przychodniach, wystawanie w kolejkach, wpisywanie się na listy i czekanie,
czekanie na swoją kolejkę.A może się czepiam?
Może HIV upośledza mi tylko układ odpornościowy a cała reszta rozkwita i
zdrowieje.I nie ma mowy o raku szyjki,
osteoporozie, niewydolności krążenia, lipodystrofiach i innych zaburzeniach
związanych, czy to z działaniem samego HIV, czy z bardzo silną chemia, którą
zjadam codziennie.
Chodzę na wybory i chodzić będę. Ale co zrobić, żeby moja
umiłowana władza nie wydawała pieniędzy na czołgi, odszkodowania za złe
decyzje, podwyższanie swoich miesięcznych dochodów do kwot, które trudno mi
zarobić w ciągu roku i jeszcze żebym to ja odczuwała konsekwencje - bo to mnie
będzie brakowało leków i to ja będę miała ograniczony dostęp dolekarza, bo to ja nie dostane wynagrodzenia i
to ja nie mam ulg przy podatkach. Na razie zarabiam. Pracuję. Posiadam oszczędności.
Mogę wyjechać na wakacje. Mam na to siły i środki. Mogę też chodzić prywatnie
do lekarzy różnych specjalności. Przede wszystkim korzystałam zginekologa i stomatologa.Teraz zapisałam się do neurologa. Państwowo
na marzec 2010, prywatnie na jutro. Ale co inni mogą zrobić? Jak się można
leczyć kiedy nie można się leczyć? Moja koleżanka czeka na przeszczep wątroby.
Zazdroszczę jej. Ona ma szanse. Ja tej szansy w Polsce nie mam. Mam HIV. I to
mnie dyskwalifikuje. Wielu rzeczy medycznie odmawia się osobom zakażonym. W
wielu miejscach lekarze odmawiają pomocy. A teraz jeszcze możemy stracić jedyne
miejsce przystosowane „psychicznie” do naszych i społecznych potrzeb. Gdzie bez
krępacji można mówić o swoim zakażeniu, i gdzie nikt nie odmówi mi leczenia. Zgadzam
się na stygmatyzację? Specjalna Poradnia, specjalny oddział, specjalni lekarze.
TAK. Ale nie boje się, że ktokolwiek mi czegokolwiek odmówi. Czuję się
bezpiecznie. Może nie anonimowo, może nie komfortowo. Ale wiem kto jest kto.
Jestem w tej samej poradni już 19 lat! Nie muszę po raz kolejny tłumaczyć, z
czym jestem, kto jestem, po co jestem i jak się tam znalazłam. Nie musze
odpowiadać po raz kolejny na pytanie o narkotyki i seks i partnera……….
A z drugiej strony uważam, że dobrze się stanie. Do tej pory
większość z około 3000 osób mieszkańców Warszawy korzystała z Poradni na
Wolskiej. Teraz większość będzie korzystała z lekarzy „na mieście”, w
poradniach rejonowych, z lekarzy pierwszego kontaktu.Może to w końcu pokarze, że problem HIV/AIDS
istnieje. Bo do tej pory nikt złudnie nie miał z namistyczności. Nie musiałpobierać mi krwi, dotykać, korzystać z tego
samego krzesła w poczekalni. Na początku może będzie trudno. Będziemy narażeni
na szykany, niechęć, będą stosowane wobec nas różne techniki unikania przyjęcia
do lekarza. Ale w końcu HIV i my ludzie z HIV spowszedniejemy. Tym bardziej, że
co 3 lub co 5 osoba zakażona nie wie o swoim zakażeniu. Dużo nas. Szkoda, że
nie potrafimy wspólnie z innymi ludźmi chorymi na inne chorobymaszerować na „sejm”. A bylibyśmy wielka
siłą. I mamy wspólne interesy. Może wtedy ktokolwiek by nas usłyszał?
XXX
Spotkałam się, ostatnio z kolegą. Dowiedział się o zakażeniu
rok temu. Na początku było źle. Strach, lęk i koniec świata. Dziś wygląda jak
młody bóg. Plany na bliskie i dalsze lata posiada. Tylko znajomi nie wiedza w
dalszym ciągu o jego zakażeniu. Postanowił nie mówić. Tylko co z tym seksem.
Jesteśmy seksualnie młodzi. A przynajmniej ja jestem młoda.Rozmawialiśmy długo o zaspokojeniu, i o
spełnieniu, i o potrzebach. Na wszystko przychodzi czas. Tak myślę. Tylko
trzeba dać sobie przyzwolenie. I nie traktować się jak kogoś gorszego. To, że
jestem zakażona nie czyni mnie gorszą. Niestety ogranicza cieleśnie. Muszę
wiedzieć co mogę i jak jest bezpieczniej. I że zawsze można mnie skazać za
narażenie życia. Mnie HIV ograniczył również psychicznie. Czasami myślę, że
duchowo też. A jeżeli chodzi o seks. Zdecydowałam dawno , dawno temu (a
właściwie zdecydowano za mnie), że seksu uprawiać nie będę i nie zakocham się po
wiek wieków. A dlaczego? Bo seks to przenoszenie zakażenia ale seks to przede
wszystkim rozmowa z partnerem. A ja się tak przestraszyłam odrzucenia, że
zaniechałam!!! Odpuściłam. Nie spróbowałam. Zabroniłam sobie. Zakazałam.
Zbrzydłam. I teraz mam coraz większy brzuch i coraz mniej się sobie podobam i
częściej się ubieram niż rozbieram, tuszuję niż podkreślam.A energię seksualną przekułam na pracę. A co
potem?
Muszę znaleźć sens życia. Na razie nie odkryłam po co światu
ja. Po co świat mnie to wiem. Jest piękny. Chcę wiedzieć po co żyć jak odejdą
najbliżsi. Mam nadzieję, że jeszcze na odnalezienie pytania mam trochę czasu.
Szukam.
Ale nie w rodzinie. Z rodziną mi nie wychodzi. Dalszą
rodziną. Rodzice zawsze i wszędzie murem za mna stali. Nie akceptują HIV. Nie
mam z nimi głębokich więzi. Nie bywam u nich w domach, na przyjęciach,
urodzinach. Nie wybieram się z nimi na wspólne wycieczki. Nie spędzam z nimi
czasu. Prowadziłam już tyle rozmów zwiadowczych o chorobach, o orientacjach
seksualnych, o uzależnieniach. Ostatnią w okolicach 1 listopada. A przecież
moja rodzina jest wykształcona. Z górnej zawodowej półki. Bardzo wierząca i
bardzo praktykująca. I tak: nowotwory zaliczają do chorób, cukrzyca to też
choroba, z gruźlicą już gorzej ale HIV? Bo się źle prowadziła! Jakby zadawała
się z innym środowiskiem to nie miałaby HIV. Może to i choroba ale na własne
życzenie.Homoseksualizm jest obleśny i
nienormalny. Nad uzależnionymi trzeba się pochylić. Bezrobotny jest sam sobie
winien. I generalniekażdy jest kowalem
swojego losu.Sama nie wiem czy mam
ochotę na taką rodzinę. Trudno jest nie rozmawiać o tym co robię i z kim się
przyjaźnię.Mój świat jest zupełnie
różny. Został on przez moją rodzinę nazwany i zaszufladkowany jako patologia i
zboczenie. Może faktycznie jestem patologiczna?
XXX
Wyjeżdżam na Ukrainę. Nie na stałe!! ! Chociaż grypa tam
szaleje. Żle mówię, nie wyjeżdżam.Lecę!!! Grypa mi nie straszna. Boję się lotu!!! Bilety już zakupione.
Mógł być pociąg ale pociąg jedzie dłużej. I autokar też jedzie dłużej. A liczy
się czas. Więc lecę i się boję. Do samolotu chętnie wzięłabymspadachron. Na grypę kupiłam maseczki, które
podobno nie chronią. Kupiłam aspirynę, która podobno nie pomaga. Kupiłam chusteczki
nasączone środkami bakterio i wirusobójczymi i takiż żel do rąk. Nie
zaszczepiłam się. Ale się ubezpieczę. Jadę na spotkanie organizacji zajmujących
się HIV i zajmujących się kobietami, żeby porozmawiać o kobietach zakażonych
HIV mieszkających w krajachbyłego
Związku, o skutecznych metodach aktywizacji kobiet, o profilaktyce i o wspólnej
przyszłości i być może wspólnych działaniach. Jadę na zaproszenie Federacji na
rzecz Kobiet. Bardzo się cieszę. Dawno chciałam wziąć udział w takim
międzynarodowym, kobiecym projekcie. Lubię kobiety. Jestem kobietą. Widzę jak
jest nam trudniej w życiu z HIV. Poza tym każde spotkanie rozszerza pole
widzenia. Każda z nasrobi na swoim
terenie coś innego, wspaniałego, ciekawego. Jest to zawsze dla mnie
inspirujące.Można podpatrzeć,
zmodyfikować i po poprawkach wprowadzić u siebie.
Jeżeli grypa się rozprzestrzeni bardziej i zostaną zamknięte
granice to oczywiście z wyjazdu nici. We Lwowie mieszka moja koleżanka. Mam
nadzieje, że znajdę czas na odwiedziny. Na wakacje ze znajomymi wybieramy się w
podróż traperską na KRYM. A może i dalej. Postanowiłam więc zawczasu
przypomnieć sobie rosyjski. Z angielskiego nareszcie zrezygnowałam. Po tylu
latach. Taki wewnetrzny przymus posiadałam (i posiadam niestety jeszcze),
żekażdy cywilizowany człowiek mówi po angielsku więc i ja też muszę. Oczywiście
znajomość języka pomaga. Można na zaproszenie organizacji HIV/AIDS podróżować
po świecie, spotykać się z ludźmi, brać udział w konferencjach. Można samotnie
podróżować nie czekając na znajomych, którzy maja czas i ochotę na podróżowanie
z Tobą.Można czytać wiadomości o
HIV/AIDS bo w języku polskim są szczątkowe i niewystarczające. Na świecie
dzieje się tyle rzeczy związanych z HIV/AIDS a ja tu jak na zaścianku. Pępkiem
świata jestem przez brak możliwości uczestnictwa w życiu innych. Żadna
instytucja w Polsce nie tłumaczy informacji na polski. Szkoda. Mam nadzieję, że
w niedalekiej przyszłości będą coraz lepsze programy tłumaczące. Bo z
angielskim definitywnie się żegnam. Bo przez 40 lata nauki zdołałam się nauczyć
pytania o toaletę i przedstawienia się. Co kurs i test to okazywało się, że
jestem już napoziomie …… +1. Dalej ani
rusz. Teraz chodzę na rosyjski. Czytam bajki i oglądam baśnie w oryginale.I świetnie się bawię.
XXX
Dzisiaj umówiłam się na zrobienie mapy mózgu – takie
bardziej szczegółowe EEG. Od lat nie sypiam dobrze. Jestem notorycznie
zmęczona. Coraz bardziej rozkojarzona. Czuję tępotę w głowie.A na dodatek od bezsenności się tyje! A tu
może wystarczy porobić kilka ćwiczeń – podnieść kuleczki, obniżyć kuleczki,
powizualizowąc, unormowac fale mózgowei
kłopoty ze snem miną, koncentracja się zwiększy a pamięc powróci i schudnę!
Jestem też bardzo
ciekawa czy te badania mogą pokazać czy przyjmowany przeze mnie 3-4 lata temu
interferon ma do tej pory wpływ na moją głowę. 10 tygodni, których nie
pamietam! Nie pamiętam dni całych. Do tej pory ludzie mi mówią co robiłam,
gdzie dzwoniłam, o czym rozmawiałam. Palimpsesty poalkoholowe. Błyski, hałasy,
strach, ogromny strach, że nie wytrzymam, że rozwali mi głowę, że hałas mnie
zabije, że ja sama się zabiję, żeby nie słyszeć narastającego, obrzydliwego,
wszechprzenikającegodzwięku, hałasu,
HAŁASU.I z nikąd pomocy. Makabra. I
nikt mi nie wierzył, że nie wytrzymuję. Taka zawsze silna, zwarta i gotowa.
Gdyby nie moja miłośc do rodziców i przekonanie, że to dzieci chowają rodziców
to skoczyłabym pod tramwaj, żeby nareszcie zrobiło sięcicho!
Zazdroszczę, że inni przechodzą to doświadczenie życiowe
lepiej. Mają szansę na lepszą wątrobę. Ja tego doświadczenia nie powtórzę. Przenajmniej
na razie.
Ale gdyby kłopoty głowowe to była wina interferonu
(rozmarzyłam się trochę). Byłoby to dla mnie wielkim usprawiedliwieniem w wielu
aspektach życia.Mogłabym się bezkarnie
spóźniać, zapominać, kłocić, być niesympatyczna, rozkojarzona,
niezdyscyplinowana iprzerzucać
odpowiedzialność na medycynę, że to ona winna całemu złu tego świata.
Ale mogłabym też w końcu zmienić coś w swoim życiu. Wyjechać
z tłoku, kurzu i hałasu i od złych ludzi argumentując decyzje sobie i innym
nakazem lekarskim. Sama decyzji nie podejmę. Bo się boję zmian. Tyle logicznych
argumentów przeciw a serce i ciało mówią uciekaj. Oby nie było za późno na
zmiany. „Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma”.
XXX
Mam dziś taki nieszczególny nastrój ludzki bo się wydarzyło
ostatnio chamstwo wielkie i przemoci
jakoś trudno mi nad tym przejść do porządku dziennego a nie umiem temu
zaradzić. Następne osoby wykreśliłam z kalendarza.Muszę się z nimi widywać ale na szczęście nie
muszę z nimi rozmawiać, spotykać się towarzysko. Brr, wstrętne szumowiny. Męscy
agresorzy. Wyżywający się na słabszych. Okropieństwo. Mam nadzieję, żeHIV, nie ma wpływu na bycie chamem i
agresorem. Chociaz czasami mam ochotę na ustawienie świata po mojemu.
Wróciłam z badania mózgu.No i kłopot. Nic mi nie jest. Fale prawidłowe. Powiem więcej - bardzo
prawidłowe. Nie ma czego naprawiać!
Siedzę teraz w pracy. Jutro niedziela. Spotykamy się z
kobietami na zajęciach rehabilitacyjnych i tańcach i na urodzinach koleżanki.
Świat jest jednak piekny i sympatyczny. I mam nadzieję na jeszcze!